Dla niej narciarstwo stało się czymś więcej niż dyscypliną, sposobem wyrażania siebie, odwagą i szukania własnej przestrzeni między sztuką a górami. Rozmawiamy z Julią Frączek, reżyserką, producentką kreatywną, filmową i freeriderką.
Jak zaczęła się twoja przygoda z narciarstwem alpejskim, a potem freeride’em?
Moja przygoda z narciarstwem zaczęła się bardzo wcześnie, miałam około sześciu lat, kiedy pierwszy raz stanęłam na nartach. W mojej rodzinie narciarstwo było czymś naturalnym. Może nie na poziomie wyczynowym, ale zimą zawsze jeździliśmy na stok i to w pewnym sensie samo we mnie „zostało”. Do około czternastego roku życia jeździłam rekreacyjnie. Później zaczęłam trenować w klubie narciarskim AS z Bielska-Białej. Pochodzę z Gliwic, ale trafiłam tam trochę przez przypadek, bo trenowała tam moja kuzynka. Jeździłam z nimi na wyjazdy, ferie i w pewnym momencie uznałam, że chcę spróbować tego bardziej na serio. Zajmowałam się narciarstwem alpejskim i trenowałam przez około cztery lata. Z czasem jednak zrozumiałam, że rywalizacja nie jest do końca dla mnie. Bardziej niż ściganie się, pociągało mnie coś innego i wtedy pojawił się freeride. Zainteresowała mnie ta forma narciarstwa, bo daje poczucie wolności, co zresztą sugeruje sama nazwa.
Dużą rolę odegrało też to, że poznałam mojego chłopaka, który już wtedy jeździł freeride’owo. Dzięki niemu weszłam w ten świat jeszcze głębiej. Startował w zawodach Freeride World Junior jako pierwszy Polak, w czasach, kiedy freeride w Polsce dopiero raczkował i właściwie nie było jeszcze żadnej infrastruktury ani wsparcia. Wszystkiego uczył się sam, z dużym wsparciem swojej mamy, co też było dla mnie bardzo inspirujące. Jeśli chodzi o outdoor szerzej, to pojawił się on u mnie mniej więcej w tym samym czasie co freeride. Zaczęłam chodzić po górach, wspinać się i naturalnie coraz więcej czasu spędzać w naturze. To wszystko zaczęło się ze sobą łączyć i stało się ważną częścią mojego życia.
Pamiętasz swoje pierwsze zjazdy freeride’owe? Gdzie to było i jak wspominasz te pierwsze linie?
Zastanawiam się, czy w ogóle pamiętam taki jeden pierwszy, konkretny zjazd. Raczej nie mam w głowie jednej „pierwszej poważnej linii”, ale pamiętam, że swoje początki freeride’owe stawiałam na Chopoku. To było mniej więcej w 2022 roku, czyli jakieś cztery lata temu. Kiedy poznałam mojego chłopaka, czyli około 2020 roku, te pierwsze dwa sezony były raczej okresem „rozgrzewki”. Jeździłam coś poza trasą, ale bardzo ostrożnie. Nie miałam wtedy jeszcze odpowiedniego sprzętu ani wiedzy, a to w freeride’zie jest kluczowe, więc nie podejmowałam większego ryzyka. Dopiero później zaczęłam podchodzić do tego bardziej świadomie i odpowiedzialnie. Zrobiłam kurs lawinowy i zaczęłam się doszkalać, zarówno jeśli chodzi o bezpieczeństwo, jak i technikę poruszania się na nartach poza trasami.
Czyli zaczęło się od Chopoka, a potem pewnie pojawiły się kolejne wyjazdy, może już w Alpach. Jak wyglądał ten kolejny etap?
W pewnym momencie połączyliśmy narciarstwo z van life’em i wyruszyliśmy w podróż przez północną Norwegię, na Lofoty, a później na półwysep Lyngen. Tam szukaliśmy różnych zjazdów i to był jeden z największych highlightów ze wszystkich sezonów. Rok temu również zrealizowaliśmy wyjątkowy wyjazd właśnie w tym regionie. Skupialiśmy się na eksplorowaniu bardziej wymagających, „dzikich” linii, a przy okazji kręciliśmy film „Northern Lines”. To był zdecydowanie jeden z najlepszych projektów i doświadczeń, jeśli chodzi o freeride.
Prowadzi mnie to do kolejnego pytania. Sporo podróżujecie i łączycie to z narciarstwem, między innymi w formule van life, także zimą. Jak wyglądają takie wyjazdy i co one dla ciebie znaczą?
Norwegia, a szczególnie półwysep Lyngen na północy kraju, to prawdziwy diament na mapie Europy, jeśli chodzi o freeride i możliwości wyznaczania linii. To wyjątkowe miejsce, które daje ogromną swobodę i przestrzeń do eksploracji. Często mówi się o nim jako o „europejskiej Alasce”. Trudno mi to jednoznacznie porównać, bo nie miałam jeszcze okazji być na Alasce, ale faktycznie jest tam coś z tej surowości, dzikości i spektakularnych krajobrazów.
Jak film wpłynął na twoje podejście do freeride’u? Czy w ogóle je zmienił, odkąd tworzysz filmy w tej tematyce jako producentka?
Kiedy skończyłam przygodę z narciarstwem alpejskim, wiedziałam, że nie chcę dalej iść w stronę rywalizacji. Z jednej strony odłożyłam zawody na bok, ale z drugiej pojawiło się pytanie, co dalej, bo brakowało mi celu sportowego. Zawody są bardzo wymagające, zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Cały sezon podporządkowany startom i wynikom potrafi być naprawdę wyczerpujący. Wtedy pojawił się pomysł, żeby połączyć narciarstwo z filmem. Tworzenie filmów daje inne możliwości wyrażenia siebie, ale też wcale nie jest łatwiejsze. Efekt końcowy wygląda świetnie na ekranie, ale mało kto widzi, ile pracy za tym stoi. Szczególnie przy produkcjach w trudnych warunkach, kiedy ma się ograniczoną liczbę dni zdjęciowych, zmienną pogodę, zagrożenie lawinowe i działa się w wymagającym terenie, jak choćby na północy Norwegii.
Uważam, że w freeride’zie można spełniać się sportowo na różne sposoby. Dla wielu osób naturalną ścieżką jest start w zawodach, a później przejście do projektów filmowych. Ja tę drogę trochę pominęłam, bo od początku czułam, że bliżej mi do tworzenia filmów niż do rywalizacji. Są też sportowcy, którzy w ogóle nie startują w zawodach, a realizują się wyłącznie poprzez projekty wideo, na przykład w narciarstwie streetowym czy freestyle’owym. Te produkcje często są bardzo kreatywne i wyraźnie odbiegają od bardziej „systemowego” podejścia do sportu. I to właśnie jest dla mnie najciekawsze, że freeride pozostaje „free” nie tylko z nazwy, ale też w podejściu do tego, jak można go uprawiać i interpretować.
Wspominałaś o tym, że poszłaś w stronę filmu zamiast zawodów i że to stało się twoją formą wyrażania freeride’u. Skąd w ogóle wziął się u ciebie pomysł na tworzenie filmów? Czy to było coś, co rozwijałaś już wcześniej, czy pojawiło się dopiero przy narciarstwie? I jak wyglądały twoje pierwsze kroki w łączeniu sportu z takim bardziej artystycznym podejściem?
Myślę, że niekoniecznie trzeba startować w zawodach, żeby realizować się w sporcie. Można obrać różne drogi, zarówno poprzez rywalizację, jak i przez film każdy może wyrażać siebie w freeride’zie. Ja na co dzień pracuję jako producentka, więc organizacja takich projektów jest mi bliska, a ta artystyczna wrażliwość zawsze gdzieś we mnie była. Jeśli chodzi o sam pomysł na film, to zaczęło się dość naturalnie. Dwa sezony temu postanowiliśmy z moim chłopakiem zrobić pierwszy projekt w Karpatach w Rumunii. Mieliśmy ogólny koncept i potraktowaliśmy to trochę jako test. Chcieliśmy zobaczyć, jak wygląda cały proces, czego się nauczymy i co możemy zrobić lepiej przy kolejnych produkcjach.
W następnym sezonie poszłam krok dalej i zdecydowałam się na własny projekt filmowy. To był bardzo intensywny czas, bo równolegle kończyłam studia i pisałam pracę magisterską, więc momentami było naprawdę wymagająco. Mimo to czułam, że to jest kierunek, w którym chcę iść. Ten projekt współtworzyłam z Dominiką Baerovą ze Słowacji, która zajmuje się filmem i fotografią. Ma dużą wrażliwość na naturę, co było dla mnie bardzo ważne, bo zależało mi, żeby ten element mocno wybrzmiał w filmie. Dlatego zdecydowałyśmy się połączyć siły i stworzyć coś razem.
W tym sezonie, mimo kontuzji, również pracuję nad kolejnym filmem. Projekt był zaplanowany jeszcze przed urazem, ale musiałyśmy nieco zmienić koncepcję. Film jest już nagrany i jest w trakcie postprodukcji. Cieszę się, że mimo ograniczeń fizycznych nadal mogę być częścią tego procesu i działać przy nim jako producentka.
Czyli pracujesz nad tym projektem razem z Dominiką. Możesz powiedzieć, o czym jest ten film? Czy to również historia osadzona wokół freeride’u? Wspomniałaś o jej wrażliwości na naturę, więc jestem ciekawa, jak to wpływa na całą koncepcję. I kiedy planujecie premierę?
Film jest już zrealizowany. W tym roku pracujemy w trzyosobowym zespole, natomiast w poprzednim sezonie działałyśmy we dwie z Dominiką. Teraz dołączyła do nas jeszcze moja znajoma z Innsbrucka, Kathi Heisch. To oczywiście projekt związany z narciarstwem i freeride’em, ale na razie nie mogę zdradzić zbyt wielu szczegółów. Planujemy komunikację na lipiec, wtedy pojawią się pierwsze trailery i materiały zapowiadające. Jeśli wszystko dobrze pójdzie z montażem i dostaniemy zielone światło, będziemy mogły oficjalnie wypuścić informacje o filmie i opowiedzieć o nim więcej.
Wspomniałaś o swoich pierwszych projektach filmowych. Czy mogłabyś opowiedzieć więcej o tych trzech filmach? Co je ze sobą łączy i jaką historię próbujesz poprzez nie opowiadać? Jeszcze z twojej perspektywy, co daje ci film jako forma wyrażania freeride’u?
Na pewno wszystkie trzy filmy łączy freeride i narciarstwo, ale każdy z nich jest zupełnie inny, bo opowiada inną historię. Pierwszy film był dla nas takim „test runem”. Realizowaliśmy go w Karpatach, w Rumunii, gdzie szukaliśmy dziewiczych linii i po prostu uczyliśmy się całego procesu tworzenia filmu. To było nasze pierwsze doświadczenie, więc podchodziliśmy do tego bardziej eksperymentalnie. Ten projekt miał też zupełnie inny kontekst, bo chwilę przed naszym przyjazdem zginął w wypadku lawinowym jeden z lokalnych freeriderów, z którym mieliśmy współpracować, legenda rumuńskiej sceny. To wpłynęło na naszą perspektywę i sposób pracy. Ostatecznie zdecydowaliśmy się zrealizować film, ale z większą pokorą i nastawieniem na naukę.
Drugi film, „Northern Lines”, był już dużo bardziej profesjonalny. Pracowaliśmy w dziewięcioosobowym zespole i byliśmy znacznie lepiej przygotowani. Mieliśmy scenariusz, shotlisty, zaplanowane lokalizacje i konkretny plan działania. Zdjęcia realizowaliśmy w Norwegii, łącząc pracę w górach z funkcjonowaniem na łodzi, co samo w sobie było dużym wyzwaniem logistycznym. Musieliśmy dostosować się zarówno do warunków górskich, jak i morskich, które często były bardzo wymagające. Były momenty, kiedy nie mogliśmy działać w terenie, więc przenosiliśmy pracę na łódki i realizowaliśmy alternatywne ujęcia. To nauczyło nas dużej elastyczności i przygotowania na różne scenariusze. Film został zgłoszony na festiwale, więc na razie nie jest jeszcze dostępny online, można zobaczyć jedynie trailer.
Trzeci film, „Momentum”, to już w pełni mój autorski projekt, który współtworzyłam z Dominiką. W tym przypadku punktem wyjścia nie były same zjazdy, ale emocje związane z freeride’em. To bardziej artystyczna forma, gdzie narciarstwo jest częścią opowieści, ale nie jej jedynym centrum. W porównaniu do poprzednich produkcji, ten film jest bardziej wrażeniowy i skupiony na odczuciach, a nie tylko na samej akcji.
Te trzy projekty pokazują też moją drogę, od nauki i eksplorowania formy, przez bardziej zorganizowaną produkcję, aż po świadome budowanie własnego języka wizualnego i opowiadania historii poprzez freeride.
Obecnie miałaś przerwę we freeride’zie i narciarstwie. Jak radzisz sobie z kontuzją?
Jeśli miałabym coś doradzić, to na pewno to, że w takich momentach dużo większą rolę niż fizyczność odgrywa głowa. Przez te ostatnie trzy miesiące rehabilitacji, codziennych ćwiczeń, pracy z fizjoterapeutą i treningów na siłowni zrozumiałam, że to jest w dużej mierze mental game. Oczywiście ciało też musi wykonać ogromną pracę, ale to, co dzieje się w głowie, bywa jeszcze trudniejsze. Myślę, że wiele osób może się z tym utożsamić, bo to jest realna walka ze sobą, ze swoimi emocjami, z momentami zwątpienia.
Początki były bardzo trudne. Pierwszy miesiąc to było głównie leżenie w łóżku i wstawanie tylko wtedy, kiedy naprawdę musiałam, do lekarza, na rehabilitację, czasem na krótkie spotkania ze znajomymi. To był taki moment zatrzymania, który nie był łatwy. Z czasem jednak zaczęłam odzyskiwać siłę, zakresy ruchu i dziś jestem w zupełnie innym miejscu. Czuję się coraz mocniejsza, widzę progres i to daje ogromną motywację. Jednocześnie mam świadomość, że to dopiero początek, bo przede mną jeszcze wiele miesięcy pracy.
To, co mi bardzo pomaga, to podejście do tego procesu jak do zadania do rozwiązania. Mam w sobie coś z projektantki, skończyłam projektowanie graficzne i jestem przyzwyczajona do myślenia w kategoriach „problem solvingu”. Rozbijam cały proces na mniejsze etapy i skupiam się na tym, co mogę zrobić tu i teraz. Krok po kroku. To nie znaczy, że zawsze jest łatwo. Są momenty frustracji, złości, czasem płaczu i to jest zupełnie normalne. Jesteśmy ludźmi i mamy prawo do emocji. Ważne jest, żeby znaleźć swój sposób radzenia sobie z nimi, czy to przez ruch, rozmowę, wyjście na spacer, czy po prostu chwilę zatrzymania. Z mojej perspektywy kluczowe jest zaakceptowanie tego procesu i konsekwentne robienie swojego. Bo to nie trwa wiecznie, tylko jest etapem, przez który trzeba przejść.
Gdybyś miała powiedzieć dziewczynom, które myślą o freeride’zie, jak zacząć taką przygodę, co by to było?
Pierwszym krokiem powinien być zdecydowanie kurs lawinowy. Bezpieczeństwo to absolutna podstawa i punkt wyjścia do wszystkiego. Bez tej wiedzy nie ma sensu podejmować kolejnych kroków. To jest wiedza, którą trzeba powtarzać co roku. Freeride może wyglądać efektownie, szczególnie w mediach społecznościowych, kiedy widzimy jazdę w puchu i piękne linie, ale za tym stoi świadomość, przygotowanie i odpowiedzialność. Bez tego po prostu nie powinno się tego robić. To naprawdę bardzo proste. Z drugiej strony trochę żałuję, że w Polsce wciąż brakuje silniejszego środowiska freeride’owego, które wspierałoby osoby początkujące i ułatwiało im wejście w ten sport. Mówiąc o środowisku, mam na myśli przede wszystkim ludzi, którzy wspólnie budują kulturę bezpieczeństwa w górach. Chodzi o inicjatywy podobne do community days organizowanych np. w Austria czy Kanada, gdzie społeczność spotyka się, żeby uczyć się o zagrożeniu lawinowym, wymieniać doświadczenia i rozwijać świadomość bezpiecznego poruszania się zimą w górach. Jeździj tak, jak chcesz, i czerp z tego fun, bo właśnie o to chodzi w freeride’zie. To nie jest sport oparty na ocenianiu. Jeśli się wywrócisz, nikt Cię nie ocenia, wręcz przeciwnie, jeśli jesteś w ekipie, zawsze możesz liczyć na wsparcie i pomoc.
Dziękuję za rozmowę!
Julia Frączek – rozpoczęła swoją karierę narciarską w 2015 roku od narciarstwa alpejskiego, które trenowała w klubie sportowym AS z Bielska-Białej aż do 2020 roku. Rok później wkroczyła w świat narciarstwa freeride’owego i skitouringowego. W ciągu zaledwie czterech lat zrealizowała szereg ambitnych wypraw, m.in. podróż vanem przez Lofoty i Półwysep Lyngen w poszukiwaniu odległych linii zjazdowych, filmowanie Carpathian Whiteout w dzikich górach Rumunii, udział w wyprawie Ski & Sail z Gliwickim Klubem Wysokogórskim w regionie Sunnmøre oraz najnowszą ekspedycję Ski & Sail w regionie Finnmark z ekipą z Nowej Zelandii i Norwegii — tam powstawał film Northern Lines. Jest współproducentką filmów Carpathian Whiteout, Northern Lines oraz Momentum. Swoją karierę narciarską ściśle łączy z filmowaniem, wierząc, że freeride powinien pozostać dyscypliną wolności; i właśnie tę ideę realizuje, tworząc filmy narciarskie. W tym roku poszerzyła swoją działalność o początki nauki freestyle’u.
Rozmawiała: Magdalena Bryś
Fotografia: archiwum prywatne Julii Frączek
