Mamy kalendarze w telefonach, aplikację liczące kroki, zegarki monitorujące sen i efektywność regeneracji. Nasz tydzień planujemy z dokładnością co do minuty. Wplatamy długie wybiegania między pracę, spotkania i czas z rodziną. Potrafimy wygospodarować godzinę na jednostkę treningową nawet w najbardziej napiętym grafiku. A jednak znacznie trudniej jest znaleźć tę godzinę, w której naprawdę niczego od siebie nie wymagamy.
Bo co właściwie obecnie oznacza „dzień na regenerację”, kiedy rano pędzisz do pracy, podrzucając w międzyczasie dzieci do szkoły? Walczysz z deadlinem w pracy i odpowiadasz na wiadomości. Po południu robisz zakupy, spędzasz czas z rodziną lub spotkasz się ze znajomymi, a przed snem sprawdzasz jeszcze, co wydarzyło się na Stravie. Formalnie – nie trenowałaś. Biologicznie – nie masz potrzeby odpoczywać. Tyle, że obok kalendarza treningowego istnieje jeszcze ten drugi. Ten znacznie mniej uporządkowany, zwany życiem codziennym. A próba połączenia ich ze sobą to również jest obciążenie.
Ciało nie ma osobnego kalendarza na trening i życie
Obciążenie w sporcie często traktowane jest bardzo wąsko. Tempo, kilometry, tętno, czas trwania wysiłku – wszystkie te parametry jesteśmy w stanie zmierzyć, zapisać. Zdecydowanie gorzej monitorować obciążenie będące skutkiem niewyspania się, presji w pracy, konfliktu z ważną dla nas osobą, wyjazdu czy listy rzeczy pod nazwą „tylko jeszcze dzisiaj”. Dla organizmu wszystkie te składowe są częścią jednego systemu. Ciało ludzkie nie oddziela stresu życiowego od sportowego. Reaguje na sumę bodźców, które otrzymuje.
Międzynarodowy Komitet Olimpijski już od wielu lat rekomenduje, aby w zarzadzaniu obciążeniem treningowym, poza treningiem i startami, uwzględniać również psychiczne obciążenie, sen, podróże, wymagania życia codziennego. W przełożeniu na praktykę oznacza to, że ta sama jednostka treningowa może być dla organizmu całkowicie innym bodźcem w spokojnym tygodniu i zupełnie innym po kilku zarwanych nocach, intensywnym czasie w pracy, czy emocjonalnie wymagającym okresie. Zanim więc zadamy sobie pytanie: Kiedy dziś zdążę zrobić trening? Warto zadać inne: Czy moje ciało ma dziś jeszcze przestrzeń na kolejny bodziec?
Najbardziej niedocenianym treningiem może być brak treningu
Funkcjonujemy w świecie z błędnym przekonaniem, że na odpoczynek trzeba sobie zasłużyć, a regeneracja staje się kolejnym zadaniem na naszej liście obowiązków. Zaczynamy ją mierzyć, optymalizować i kontrolować. Zaopatrzamy się w rollery, nogawki kompresyjne, suplementy i kolejne gadżety, które mają nas przybliżyć do najlepszej formy. A niekiedy najlepszą formą odpoczynku, jaką możemy zrobić dla naszego organizmu, jest po prostu przestać tyle od niego wymagać.
Bo regeneracja nie oznacza bezczynności. To wyjątkowy stan, w którym organizm ma optymalne warunki do przywrócenia równowagi po wcześniejszym obciążeniu. Dotyczy on snu, prawidłowego nawodnienia i odżywienia, czasu bez kolejnych bodźców, ale również odpoczynku psychicznego i niwelowania stresu. Współczesne rekomendacje zdecydowanie wyraźnie podkreślają tą szeroką perspektywę dotyczącą obciążenia sportowego. Dlatego dzień bez treningu nie zawsze jest dniem regeneracji. Jeśli na jego miejsce wkrada się 8 godzin pracy, kilka godzin w podroży, zarwanie nocy i bycie w ciągłej gotowości, to ciało w dalszym ciągu pozostaje w stanie wysokiego obciążenia.
Wielozadaniowość nie jest obojętna dla ciała
Wiele kobiet zna ten scenariusz doskonale. Aktualne tempo życia wymaga od nas nieustannego przełączania uwagi. Rano trenujemy słuchając podcastu, w drodze do pracy odpisujemy na wiadomości. Jemy lunch przeglądając maile. Wieczorem nadganiamy codzienne obowiązki, jednocześnie planując już kolejny dzień. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak niezwykła efektywność i dobrze zorganizowane życie. Ale z perspektywy układu nerwowego już tak nie jest. To nieustanna stymulacja i zmiana bodźców.
Nie chodzi o to, że wielozadaniowość sama w sobie „dewastuje układ nerwowy”. Problemem jest przebywanie cały dzień w stanie pełnej gotowości. Organizm ma wtedy niewiele przestrzeni do prawdziwego wyciszenia. A to właśnie przechodzenie ze stanu pełnej mobilizacji do odpoczynku jest jednym z filarów zdrowej regulacji. A dodając do tego intensywny trening, który również jest stresorem fizjologicznym, bardzo łatwo o sytuację, w której cały dzień zbudowany jest z następujących po sobie bodźców, a prawdziwa regeneracja zostaje zepchnięta na sam koniec dnia. Tylko, że wieczorem najczęściej nie mamy już dla niej przestrzeni.
Luksus, którego naprawdę potrzebujemy, to spokój
W świecie, który nie zwalnia, luksusem staje się coś zaskakująco prostego. Możliwość nierobienia niczego. Nie chodzi tu kolejny weekend w spa, czy kolejne akcesoria do regeneracji. Chodzi o przestrzeń pełną spokoju i uważności, w której chodź przed moment nie musisz być dostępną, produktywną ani „tą lepszą wersją siebie”. Być może dlatego coraz więcej osób definiuje spokój jako najwyższa formę luksusu w tym zabieganym świecie.
Może on być spokojnym śniadaniem bez telefonu. Spacerem bez słuchawek i liczenia kroków. Wieczorem, podczas którego nie nadganiamy zaległości. Posiłkiem zjedzonym w uważności, a nie pomiędzy jednym a drugim obowiązkiem. Spokojnym snem, którego nie skracamy na konto „jeszcze jednej rzeczy do zrobienia”. To bardzo proste i dostępne dla każdego rzeczy. I dlatego tak łatwo je pomijamy.
Najbardziej dojrzały trening to ten, który zostawia miejsce na życie
Aktywność fizyczna jest jedną z najcudowniejszych części codzienności. Daje poczucie sprawczości, strukturę, energię i ludzi, których prawdopodobnie nigdzie nie spotkałybyśmy poza treningiem. Ale nie powinien zabierać nam całej reszty. To sport ma się mieścić w życiu, a nie życie w sporcie.
Nie każda kolacja w restauracji musi być podporządkowana diecie i makro. Nie każda kawa z przyjaciółką musi być odwołana na korzyść treningu. I nie każdy dzień bez treningu jest dniem straconym. Paradoksalnie czasami wtedy robimy dla swojego ciała najwięcej dobrego. Bo zdrowie nie polega na idealnym zaplanowaniu wszystkiego. Polega również na tym, że mamy przestrzeń i luz w sobie, by nie planować niczego.
Siła rytuałów
Nie zawsze kluczem jest większa dyscyplina. Czasami potrzebujemy mniejszej ilości decyzji. Siła nawyku działa głównie dlatego, że nie wymaga od nas dużego nakładu pracy, zastanawiania się, co robić. Jego wartość polega na powtarzalności. Kilka minut ćwiczeń oddechowych. Kilka minut porannej gimnastyki. Spokojnie wypita kawa zamiast scrollowania. Popołudniowy spacer. Telefon odłożony na noc poza zasięgiem dłoni. Stała pora snu.
Nie są to żadne wymyślne strategie. Nie znajdziemy ich w planie treningowym. A mimo wszystko z takich powtarzalnych, pozornie niewielkich gestów tworzy się przestrzeń, w której ciało może regularnie wracać do równowagi. Rytuał daje ciału przewidywalność i komfort. A jest to niezwykle cenne w świecie przepełnionym zmiennymi bodźcami. Pozwala on na odzyskanie poczucia rytmu, czegoś, czego często brakuje w intensywnej codzienności.
Naucz się czytać swój kalendarz tak, jak czytasz plan treningowy
Prawdopodobnie największym błędem w myśleniu o regeneracji jest zakładanie, że można ją od tak zaplanować. Wpisanie dnia wolnego pomiędzy jednostkami treningowymi nie rozwiązuje sprawy. Ponieważ ciało ma swój własny kalendarz. I nie pokazuje wszystkich wpisów. Ale za to pamięta nieprzespaną noc, odczuwa skutki podróży, stresu czy niedostatecznej ilości energii. Reaguje na tygodnie życia w pośpiechu i brak odpoczynku. Często nie komunikuje tego od razu i ratuje się kompensacjami. Warto uczyć się sygnałów, bo nic nie zostaje bez echa.
Dlatego regeneracja nie może być tylko pustym miejscem pomiędzy treningami. Powinna być sposobem, w jaki organizujemy życie. I nie oznacza to życia w błogim spokoju i komforcie, bo takie nie istnieje. Chodzi o tworzenie przestrzeni, w której wolne miejsca w kalendarzu nie są czymś natychmiast wypełnione.
tekst: Pamela Grzebyk
fotografia: Andrea Piacquadio
