Zagrożeń w sporcie może być bardzo dużo – udary słoneczne, mniejsze lub większe urazy, odwodnienie, kryzysy mentalne. Niestety nie zawsze możemy im skutecznie zapobiegać. Czasem są to po prostu wypadki, całkowicie poza naszą kontrolą. W tym artykule chciałabym podzielić się z Wami moją historią. Historią, która kosztowała mnie dwa DNS-y i 3 miesiące stopniowego powrotu do biegania.
W 2024 roku postanowiliśmy razem z moim mężem, Kubą, że w zimie wybierzemy się na wakacje w jakieś miejsce, gdzie jest ciepło. Z tego pomysłu narodził się kolejny – a może by tak od razu zapisać się na jakiś bieg? Wybór padł na Trans Gran Canarię! Długo zastanawiałam się, czy wybrać dystans 45 czy 80 km. Z jednej strony, organizując już taki wyjazd, wolałabym wybrać dłuższy dystans, ale z drugiej nie czułam się w pełni gotowa treningowo. W końcu jednak zdecydowałam się na 80 km – nie zależało mi na czasie, bardziej na elemencie przygody i wyzwania.

Na Gran Canarię polecieliśmy 1,5 tygodnia przed startem. Chcieliśmy tam jeszcze trochę pobiegać, aby zobaczyć te tereny, nieco się zaaklimatyzować. Na drugim treningu, krótkim (niecałe 5 km), ale bardzo widokowym, wyjątkowo niefortunnie skręciłam kostkę. Żeby podkreślić niefortunność tego skręcenia dodam, że było to dosłownie ostatnie kilkaset metrów treningu, ostatni schodek przed brukowaną drogą, gdzie techniczny zbieg miałam już za sobą, a za kilka metrów zaczynał się zwykły chodnik. Na schodku leżał kamień, na którym po prostu krzywo stanęłam. Bolało bardzo. Nie byłam w stanie nawet lekko stanąć na stopę. Sama nie wiem czy bolała bardziej kostka czy wizja tego, że prawdopodobnie nie będę mogła wystartować. Oczywiście w tamtej chwili tego jeszcze nie wiedziałam, ale ból stopy sugerował, że jednak jest to poważna sprawa. Kilka razy w życiu zdarzyło mi się lekko wykręcić kostkę, ale nigdy aż tak. Kuba zaniósł mnie na barana do miejsca, gdzie mogłam usiąść i poczekać, aż przyjedzie po mnie samochodem. Pojechaliśmy na pobliską plażę, gdzie moczyłam stopę w chłodnej oceanicznej wodzie. Był to chyba najbardziej kryzysowy moment, kiedy powoli docierało do mnie, że raczej nie dam rady wystartować. Pojawiły się łzy, było to dla mnie wtedy bardzo trudne.
No ale po kryzysach mentalnych trzeba było wziąć się w garść i zacząć działać. Na nasz wyjazd mieliśmy wykupione ubezpieczenie z Allianz, które obejmowało również sporty wysokiego ryzyka (w tym biegi długodystansowe). Skontaktowałam się z ubezpieczycielem i polecili udać się na SOR do Maspalomas. W międzyczasie zrobiłam też mały research w Internecie i faktycznie ten SOR wydawał się najbardziej odpowiednim miejscem. Ubezpieczyciel wysłał do szpitala potrzebne dokumenty, ale niestety, gdy tam dojechaliśmy, to szpital jeszcze ich nie otrzymał. Po kolejnym kontakcie z ubezpieczycielem okazało się, że w tej placówce już były podobne historie i czasem trzeba poczekać trochę dłużej. Ostatecznie zdecydowaliśmy się zapłacić rachunek i później otrzymać zwrot kosztów – tak też się stało, dokumenty faktycznie później dotarły i cały koszt został nam zwrócony.
Na SORze, podobnie jak w naszym kraju, musiałam swoje odczekać (około 3-4 godziny). Przyjęto mnie koło północy. Lekarz, który mnie przyjął mówił po angielsku, ale niestety nie wszystko byłam w stanie zrozumieć. Sama nie znam też dokładnej terminologii medycznej w tym języku. Zrobiono mi RTG i – znowu podobnie jak na SORach w Polsce w przypadku skręceń – założono szynę gipsową. Dostałam też zastrzyk przeciwzakrzepowy i zalecenie, aby pojawić się w szpitalu przed wylotem w celu otrzymania specjalnego zaświadczenia, potrzebnego do samolotu (na Gran Canarii po skręceniu byliśmy jeszcze przez 9 dni, szynę planowo miałam na 2 tygodnie).
Noc spędziłam w szynie – była to ciężka noc. Rano jednak zdecydowałam się ją samodzielnie zdjąć.
W tym czasie dużo czytałam o skręceniach, rehabilitacji, powrocie do zdrowia. Dosłownie wszędzie polecano, aby nie unieruchamiać kończyny i jak najszybciej starać się wykonywać ruchy, które są możliwe do wykonania. Takie podejście sprzyja dużo szybszej regeneracji. Zakładanie gipsu to stara szkoła, niestety ciągle stosowana w szpitalach. W tym czasie byłam również cały czas w kontakcie z biegaczką Kasią Krupicką, która kilka miesięcy wcześniej również przypadkowo skręciła kostkę (na wypłaszczonej leśnej ścieżce, również bardzo niefortunnie, po prostu się poślizgnęła). Kasia bardzo mi pomogła w tym czasie – zarówno pod względem tego, co robić, jak i pod względem mentalnym. U niej był to II stopień skręcenia, czyli dosyć poważny, ale dzięki odpowiedniej rehabilitacji już 3 miesiące później wróciła do pełnego treningu. Takie informacje napawały nadzieją! Zwyczajowo założyli u niej szynę gipsową. Jak sama później stwierdziła, niepotrzebnie, bo straciła trzy pierwsze dni na wdrażanie ćwiczeń i możliwość chłodzenia stawu skokowego. Po jej opowieściach wiedziałam już, że najważniejsze to nie unieruchomić się i zacząć bezpiecznie ruszać, wdrażając zestaw ćwiczeń.
U Kasi na profilu na Instagramie znajdziecie parę reelsów z fizjoterapetuą z zeszłego roku z okresu jej powrotu do sprawności – zostawiam je Wam, gdyby (odpukać!) były przydatne. Linki znajdziecie tu: klik, klik, klik oraz klik.
Z gipsem czy bez, nadal nie mogłam stawać na stopie. Na szczęście okazało się, że właściciel naszego apartamentu może nam pożyczyć kule – dostałam je już na drugi dzień! To było ogromne ułatwienie, mogłam chociażby sama dojść do toalety. Zobaczyłam też, jak dużo siły wymaga chodzenie o kulach.
Dalej byłam w kontakcie z ubezpieczycielem. Pytałam, czy mogą załatwić mi wizytę prywatnie u ortopedy. Niestety w swojej bazie nie mieli żadnego takiego specjalisty w okolicy. W tej sytuacji poszukałam go sobie sama. Sugerując się opiniami na Google Maps, wybrałam prywatnego ortopedę w Maspalomas. Mogłam się tam zapisać przez WhatsApp. Dodatkowo mieli wolny termin na wieczór tego samego dnia (czyli dzień po szpitalu) i mówili po angielsku. Nastrajało to pozytywnie!
Ortopeda po USG stwierdził, że mój uraz nie jest bardzo duży (I stopień), natomiast wytworzył się spory stan zapalny, stąd duża opuchlizna. Powiedział, że może dać mi zastrzyk przeciwzapalny i być może będę mogła nawet wystartować w biegu, ale wiązałoby się to ze sporym ryzykiem. Byłam trochę w szoku – przyzwyczajona do lekarzy zakazujących biegać, gdy boli przysłowiowe kolano, a tu proszę bardzo! Zdrowy rozsądek podpowiadał jednak, że to nie jest dobry pomysł. Był poniedziałek, a ja nie mogłam chodzić – zawody w sobotę. Nawet jeśli zbiję stan zapalny, to więzadło na pewno będzie uszkodzone, więc jedno drobne wykręcenie na trasie może tylko pogorszyć sprawę. Tak naprawdę już w dniu skręcenia pogodziłam się z tym, że odpuszczę ten start, więc teraz nawet się nie zastanawiałam. Po wizycie u ortopedy od razu była kolejna wizyta, u fizjoterapeutki (wszystko było w pakiecie), która pokazała mi odpowiednie ćwiczenia na początek. Za całość zapłaciłam 70 euro, więc porównywalnie jak w Polsce (chociaż biorąc pod uwagę możliwość wizyty u fizjoterapeuty od razu na miejscu, to nawet wychodzi korzystniej cenowo). Ostatecznie dostałam zwrot pełnej kwoty od ubezpieczyciela, więc byłam z tego bardzo zadowolona.
Jak czułam się psychicznie? Gdy już pogodziłam się z tym, że odpuszczę start, było o wiele lepiej. Skupiłam się na tym, co mogę robić, żeby wrócić do sprawności. Rozmawiałam z wieloma osobami, wiele z nich pisało do mnie wtedy wspierające wiadomości, za co jestem ogromnie wdzięczna. Kolejnym trudnym momentem była meta – pojechałam razem ze znajomymi, aby czekać na mecie na Kubę. Jednak nie był to aż tak trudny moment, jak myślałam, że będzie. Oczywiście żałowałam, że nie wbiegamy na metę razem, ale bardziej cieszyłam się tym, że udało mu się ukończyć ten bieg!
Po kilku dniach ćwiczeń zaczęłam powoli stawać na stopie. Po tygodniu mogłam nawet pójść na spacer, i to bez kul (ale z kijkami). W międzyczasie na bieg przylatywali na Gran Canarię nasi znajomi i poprosiłam ich o przywiezienie dla mnie ortezy (którą pożyczyła mi znajoma fizjo). Po powrocie do Polski od razu odwiedziłam fizjoterapeutę. Zmieniliśmy trochę ćwiczenia na bardziej wymagające. Miesiąc po skręceniu zaczęłam trochę truchtać, wprowadziłam również więcej roweru. Jednak z perspektywy czasu, moje wejście w trening nastąpiło za szybko – czułam się dobrze, więc wróciłam do biegania. Jednak po jakimś czasie odbiło się to na mojej stopie. Z kostką było wszystko w porządku, ale zaczęłam czuć coś niepokojącego w okolicach ścięgna Achillesa. Przystopowałam więc z bieganiem, zrobiłam przerwę i już powoli, marszobiegami, wracałam stopniowo do treningów. Niestety z tego powodu musiałam odpuścić kolejny start, na który zapisałam się w styczniu (majowy UltraBies). Było to trudne, bo miałam poczucie, że tracę kolejny bieg i kolejny sezon. W 2023 roku urodziłam córeczkę, po porodzie powoli i stopniowo wracałam do treningów. W 2024 już regularnie biegałam, miałam kilka krótszych startów, ale to właśnie na 2025 planowałam te dłuższe. Los jednak zdecydował inaczej. Ale takie jest życie i taki jest sport! Różne wypadki mogą się przytrafić, nie mamy na to wpływu. Świat się nie skończył, czas upływa, a zawody są dalej organizowane. 😉 Miesiąc temu w końcu udało mi się wystartować w górskim maratonie podczas Pogórze Ultra Trail i dało mi to wiele radości! Nie ważny był czas i wynik, a możliwość sprawdzenia siebie, biegania przez kilka godzin, podziwiania przyrody i to wszystko bez bólu!
Czy mogłam coś zrobić, aby nie skręcić kostki? Czy mogłam być bardziej uważa, ostrożna, skoncentrowana? Wydaje mi się, że nie. Niestety był to po prostu wypadek, pech, nieszczęście, który może przydarzyć się każdemu. Wypadki za granicą stresują jednak podwójnie, bo nie mamy dostępu do swoich zaufanych specjalistów i lekarzy, porozumiewamy się w obcym języku, a system ochrony zdrowia może wyglądać inaczej. Dlatego obowiązkowo na wyjazdy zagraniczne trzeba wykupić ubezpieczenie! Kontakt z moim ubezpieczycielem był zawsze szybki, bezproblemowy, pomocny. Jedyna rzecz, która mi się nie podobała to fakt, że za każdym razem rozmawiałam z innym konsultantem. Nawet jeśli miał dostęp do jakiś informacji o moim zdarzeniu, to zawsze musiałam powtarzać te same informacje. Poza tym wszystko działało sprawnie, otrzymałam pełen zwrot kosztów za wizyty medyczne (mimo, że lekarza prywatnego znalazłam sama, nie było go w bazie Allianz). Zawsze pamiętajcie o ubezpieczeniu, zapiszcie numer telefonu do ubezpieczyciela i gdy tylko coś się wydarzy – od razu się kontaktujcie, a na pewno otrzymacie odpowiednią pomoc.
tekst: psycholog sportowy, Karolina Bagińska
fotografia: archiwum prywatne Karoliny




