Zaczęła biegać w wieku 40 lat – najpierw po asfalcie, z czasem jednak przepadła w górach i na dystansach ultra. Dziś ma na swoim koncie kobiecy rekord z supportem w przebiegnięciu Głównego Szlaku Beskidzkiego, najdłuższego szlaku długodystansowego w Polsce. Ok. 500 kilometrów i ponad 20 tysięcy metrów przewyższenia przez pasma Beskidów, z Wołosatego do Ustronia, pokonała w 5 dni, 8 godzin i 20 minut. W trakcie biegu świętowała swoje 53. urodziny. Rozmowa z Olą Mielczarek.
Jak zaczęła się twoja przygoda z bieganiem?
Moja przygoda z bieganiem zaczęła się dość nietypowo. Początkowo chodziło po prostu o to, żeby zrzucić kilka nadprogramowych kilogramów, a właściwie całkiem sporo. Zaczęłam więc od ćwiczeń aerobowych i chodzenia z kijkami. Umawiałyśmy się z koleżankami na wspólne, wieczorne marsze – w piątkę, zawsze w towarzystwie, więc było wesoło i motywująco. Z czasem zaczęłam powoli truchtać. Najpierw krótkie dystanse, 3 kilometry, potem moje „kultowe” 6, które długo było moim ulubionym dystansem. Stopniowo zwiększałam przebiegane kilometry – najpierw bieganie po lesie w okolicy, później półmaraton, maraton, aż w końcu zrealizowałam marzenie o zdobyciu Korony Maratonów. Po drodze jednak nabawiłam się kontuzji, która sprawiła, że musiałam na chwilę odpuścić asfaltowe bieganie. Wtedy właśnie odkryłam biegi górskie. Mój pierwszy górski bieg to „Bieg o Złotą Szyszkę” w Beskidzie Śląskim – dystans 16 kilometrów. Byłam zachwycona! To doświadczenie całkowicie zmieniło moje podejście do biegania i rozpaliło marzenie, by częściej startować w górach. Niedługo potem pojechałam do Cisnej, żeby zobaczyć, jak biegają uczestnicy „Biegu Rzeźnika”. Sama wtedy nie mogłam wystartować z powodu kontuzji, ale obserwując ich zmagania, zakochałam się w górskim bieganiu bez reszty. Pomyślałam wtedy: „Ja też chcę tak biegać, jak oni.” I tak właśnie zaczęła się moja prawdziwa przygoda z bieganiem w górach.
Czyli szybko pojawiły się góry. A jak to było jeszcze z bieganiem na asfalcie?
Na początku mojej biegowej przygody zupełnie nie znałam biegów górskich. Asfalt był wtedy moim światem – równy, przewidywalny, a dla mnie po prostu rewelacyjny. Uwielbiałam startować w maratonach: kibice, tłum biegaczy, atmosfera, muzyka – to wszystko dawało niesamowitą energię. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ta miłość do asfaltu skończy się kontuzją. Bieganie po twardym podłożu miało swoją cenę. Moje stopy bardzo cierpiały, a w końcu dopadło mnie zapalenie rozcięgna podeszwowego. Ale mimo bólu i trudności, wtedy nie wyobrażałam sobie życia bez biegania.
Mój pierwszy półmaraton wspominam z ogromnym sentymentem – był to Półmaraton Księżycowy w Rybniku. To wtedy po raz pierwszy poczułam, że naprawdę mogę. Skoro przebiegłam 21 kilometrów, to czemu nie spróbować 42? Postanowiłam więc, że na swoje 42. urodziny zrobię coś wyjątkowego i przebiegnę pierwszy maraton. I tak się stało. Wystartowałam we Wrocławiu, później w Poznaniu, Dębnie, Krakowie, a na koniec w Warszawie w 2015 roku. W ciągu półtora roku zaliczyłam pięć maratonów. To był intensywny, piękny czas – taki prawdziwy okres „klepania asfaltu”. Miałam też plany, by wystartować w Orlen Warsaw Marathon, uznawanym za jeden z najszybszych w Polsce. Przygotowywałam się do niego bardzo sumiennie – chodziłam na treningi organizowane przez Sklep Biegacza na katowickim Muchowcu. Była świetna atmosfera, wspólne bieganie, motywacja. Niestety, kolejna kontuzja pokrzyżowała moje plany i tym razem nie udało się wystartować. Na długie lata pożegnałam się z asfaltem.
Dopiero w tym roku – po dziesięciu latach przerwy – wróciłam do asfaltowego biegania. I choć moje serce dziś bije mocniej dla gór, to sentyment do tych pierwszych maratońskich kilometrów pozostał. To właśnie asfalt nauczył mnie systematyczności, determinacji i szacunku do każdego przebiegniętego kilometra.
Ale ostateczniei tak przepadłaś w górach, prawda?
Po prostu kocham góry. One mają w sobie coś magicznego. Kocham te widoki, ciszę, spokój, a także ludzi, których tam spotykam. Bo ja w ogóle lubię ludzi – nawet na trasie, jeśli tylko jest okazja, to zawsze zamienię kilka słów, uśmiechnę się, pogadam. Ale góry to dla mnie coś więcej. To miejsce, gdzie mogę się zresetować. Kiedy przychodziły trudniejsze momenty w życiu, właśnie tam uciekałam – żeby odpocząć, przemyśleć, nabrać dystansu. W górach zawsze odnajdywałam spokój i nową energię. Nie miałam wcześniej trenera, więc uczyłam się wszystkiego sama. Wydawało mi się, że trening w górach musi oznaczać po prostu… dużo biegania w górach. I tak robiłam. Uwielbiałam to. Robiłam sobie własne wyzwania – nocne biegi, zimowe wyprawy po śniegu, długie wyjścia w weekendy. Czasem w tym bieganiu było więcej maszerowania niż samego biegu, ale to nie miało znaczenia. Liczyło się, że jestem tam, wśród gór, lasów, ścieżek, ciszy. Pamiętam, jak często wybiegałam o czwartej rano, żeby zdążyć wrócić do domu, ogarnąć dzień i obowiązki. Te poranne wyjścia, wschody słońca, to światło – coś niesamowitego. I do dziś tak mam. Zawsze, kiedy wracam z gór, czuję się silniejsza, spokojniejsza, pełna życia. Góry po prostu dodają mi skrzydeł.
Powiedz nam, kiedy pojawiły się te długie dystanse?
Mój pierwszy długi ultramaraton – przebiegliśmy w Transylwanii i to w naprawdę towarzyskiej, rodzinnej atmosferze. Pojechaliśmy tam grupą biegaczy z rodzinami, więc było wesoło i bardzo przyjacielsko. Wtedy biegałam nie tylko u nas w Beskidach, uczestnicząc w Beskidy Ultra Trail, gdzie dystanse sięgały ponad setki kilometrów – nawet 130 km – ale też brałam udział w zagranicznych wyzwaniach. Beskidzkie trasy były wymagające – zmienne warunki, czasem zamieć, trudne przewyższenia – ale ja je uwielbiałam. Te zawody przygotowywały mnie do jeszcze trudniejszych wyzwań w Alpach. W Austrii wzięłam udział w Salomon Pitz Alpine Glacier Trail na dystansie 84 kilometów. Niestety, musiałam zakończyć bieg na 65. kilometrze, ale i tak było to niesamowite doświadczenie. Trasa prowadziła przez lodowce, strome podejścia i ekstremalnie trudne technicznie odcinki. To było bardzo wymagające, ale też piękne – bieg po lodowcach, podziwianie górskich panoram, poczucie własnej siły i wytrwałości. Dla mnie takie biegi to nie tylko walka z dystansem i przewyższeniem – to przygoda, kontakt z naturą i przekraczanie własnych granic. Każdy kolejny kilometr uczy pokory i wytrwałości.
To przecież bardzo trudny alpejski bieg.
Te ultramaratony były dla mnie nie tylko technicznie trudne, ale też wyjątkowo wymagające ze względu na wysokość. Nie wiedziałam wtedy, że organizm w takich warunkach reaguje jak przy chorobie wysokościowej. Na trasie praktycznie nie czułam głodu, krew leciała z nosa, ale nie wiedziałam, że to normalne. Mimo że starałam się jeść, siły zaczynały uciekać. Pamiętam, że biegłam w pętlach – pierwsza wynosiła 42 km i kończyła się w tej samej miejscowości, skąd startowaliśmy. Druga pętla prowadziła na kolejny szczyt. Kiedy schodziłam z trasy po pierwszej części, mówiłam mężowi, że chyba nie dam rady dalej, bo bardzo źle się czułam. Ale wtedy wydarzyło się coś wyjątkowego – na dole czekał mój syn, Mateusz. Miał wtedy około 11 lat i sam zapisał się na bieg dla dzieci. Stał tam na podium, a ja, choć wykończona fizycznie, poczułam ogromną radość i dumę. To był moment, który dodał mi sił i pokazał, że warto walczyć, nawet kiedy organizm mówi „stop”. Mąż wtedy mówił do mnie: „Ola, Mateusz już przybiegł, zaraz będzie na podium!” A ja w duchu pomyślałam: „Boże, skoro on tu jest i daje z siebie wszystko, to jak ja mogę zrezygnować?”. I właśnie ta myśl dała mi motywację, by iść dalej i pobiec kolejną pętlę. Pamiętam ten moment bardzo dobrze – to była dla mnie ogromna siła i inspiracja.
Wydłużałaś dalej dystanse, przebiegłaś Lavaredo Ultra Trail, potem UTMB główny dystans. Kiedy pojawiła się myśl o Głównym Szlaku Beskidzkim?
O Głównym Szlaku Beskidzkim, który ma ponad 500 km, usłyszałam, gdy w 2015 roku Kamil Klich i Rafał Bielawa zrobili rekord tej trasy. Przyznam szczerze, wcześniej o czymś takim w ogóle nie słyszałam. Wtedy pomyślałam: „500 kilometrów? To przecież niemożliwe!” – to było dla mnie ogromne zaskoczenie i wręcz szok. Później miałam okazję spotkać Kamila i Rafała także w Mikołowie, podczas naszych lokalnych spotkań biegowych. Opowiadali o trasach, doświadczeniach, trudnościach. I wtedy pomyślałam: „Kurczę, to są zwykli ludzie, a jednak to potrafią!” – i zaczęłam rozważać, że kiedyś też mogłabym spróbować. W mojej głowie GSB zawsze było gdzieś w tle, jako marzenie, dalsze w czasie. Moim pierwszym dużym celem było UTMB, które udało mi się szczęśliwie ukończyć w zeszłym roku. Po takim osiągnięciu człowiek szuka kolejnego wyzwania, czegoś, co będzie trudniejsze, większe, da satysfakcję i poczucie prawdziwego sprawdzenia siebie. I wtedy GSB wróciło do mojej głowy jako naturalny kolejny krok. Rozmawiając o tym z Wojtkiem, podczas naszych treningów po UTMB, powoli zaczęło się w mojej głowie krystalizować – tak, GSB to będzie kolejne marzenie, które warto zrealizować.
W 2021 roku nie udało mi się przebiec UTMB, więc musiałam ponownie przygotować się i wspierać treningami kolejne starty. Kiedy w końcu ukończyłam UTMB, temat GSB powrócił. Początkowo planowałam zrobić to wiosną, ale życie trochę namieszało – zostałam losowana na inne biegi, więc przesunęłam swój plan. Ostatecznie wybrałam wrzesień – miesiąc moich urodzin, który uznałam za idealny moment na realizację tak dużego wyzwania. I tak się stało – we wrześniu ukończyłam GSB, co było dla mnie ogromnym osiągnięciem i spełnieniem kolejnego marzenia.
Jakie były twoje najpiękniejsze momenty podczas GSB?
Jednym z nich był moment spotkania z synem, Mateuszem, który czekał na mnie na Markowych Szczawinach. To był taki punkt, gdzie czułam się, jakbym wracała „do domu”. Bieg przez okoliczne tereny kojarzył mi się z wieloma wcześniejszymi treningami i startami, zwłaszcza z jednym kultowym biegiem. Kiedy dotarłam na Markowe Szczawiny, czekał tam Mateusz, aby podać mi wodę i dać wsparcie. Był taki moment, że panie z obsługi, które tam były, dopytywały, co on robi. Mateusz opowiadał, że mama biegnie, ma już ponad 300 kilometrów w nogach, i że to końcówka biegu. Panie były tak podekscytowane, że poczułam ogromną radość i dumę – to był piękny, wzruszający moment, który dodał mi sił na dalszą część trasy.
To właśnie takie chwile, pełne emocji i wsparcia bliskich, sprawiają, że bieganie w górach staje się czymś więcej niż tylko sportem – to prawdziwa przygoda i niezwykłe doświadczenie życiowe. Były też takie sytuacje, jak podczas biegu na Turbacz – biegłam wtedy z trenerem i Marcinem. Trener mówił, że Marcin pobiegnie trochę wcześniej, może kupi nam lody lub coś do jedzenia, a my spokojnie pokonywaliśmy trasę. Wiesz, on każdego, kogo po drodze spotkał, zaczepiał i mówił: „Biegnie taka dziewczyna, co robi całe GSB!” (śmiech). Więc potem, jak ja przebiegałam, to wszyscy bili mi brawo i dopingowali, a ja kompletnie nie wiedziałam, o co chodzi! Dopiero później wyszło, że to właśnie Marcin wszystkim mówił. To było naprawdę bardzo motywujące. Po drodze często zdarzało się, że ludzie sami pytali, dokąd biegnę. Pamiętam, że jeszcze na początku trasy, gdzieś w Bieszczadach, spotkaliśmy parę turystów. Chłopak zapytał, dokąd biegnę, a mój Mateusz odpowiedział za mnie: „Do Ustronia!”. Na co on zrobił wielkie oczy i tylko powiedział: „O Jezu… tyle kilometrów?!” (śmiech).
Z tego, co wiem, to w trakcie GSB miałaś również urodziny.
Moje koleżanki przed urodzinami pisały do mnie: „Ola, wiesz, ty wtedy biegniesz, więc nie będziemy ci głowy zawracać — spotkamy się spokojnie po wszystkim.” Więc nawet przez chwilę nie spodziewałam się, że ktoś pojawi się w dniu moich urodzin. A tu niespodzianka! Wbiegam do Krynicy — bo właśnie tam wtedy dotarłam — a tam całe przyjęcie urodzinowe zorganizowane dla mnie. Miałam wtedy naprawdę wymarzoną pogodę, wszystko się idealnie złożyło. A że w trakcie biegu praktycznie nie korzystałam z telefonu, nie wiedziałam, co się dzieje w Internecie — dopiero później, jak ktoś mi czytał wiadomości z życzeniami, to naprawdę się wzruszyłam.
Czy oprócz takich momentów, miałaś kryzysy i chwile zwątpienia – jeśli tak, to jak z nimi sobie radziłaś?
Momenty kryzysowe też były. Choć muszę przyznać, że miałam o tyle dobrze, że towarzyszył mi mój support. Dzięki temu, nawet jak robiło się ciężko, to rozmowa, żarty czy ich opowieści bardzo pomagały — łatwiej było przetrwać te trudniejsze chwile. Najtrudniejsze zwykle przychodziły wieczorem, kiedy już czułam zmęczenie i znużenie po całym dniu. Wtedy człowiek tylko marzył, żeby w końcu dobiec do miejsca, gdzie będzie mógł choć trochę odpocząć. Spało się różnie — raczej krótko — ale sama świadomość, że tam gdzieś stoi ta moja przyczepa i że zaraz będę mogła się położyć, dawała ogromną ulgę.
Miałam też szczęście do pogody — trafiły mi się może trzy takie noce, że było przepiękne niebo, gwiazdy świeciły tak jasno, że aż nie chciało się spać. Ale były też trudniejsze — z mgłą, wilgocią, sennością. Pamiętam szczególnie jedną, kiedy biegłam z Bystrej, z Olą i Adamem — mgła była gęsta, a ja czułam się potwornie śpiąca. Wtedy Ola zaczęła zadawać mi jakieś dziwne pytania, cały potok pytań, i dopiero po chwili zorientowałam się, że to taki test — sprawdzała, czy jeszcze kontaktuję (śmiech). Największy kryzys dopadł mnie jednak na odcinku z Rabki-Zdroju do Bystrej Podhalańskiej. To był naprawdę ciężki moment. Żołądek totalnie zastrajkował, a wydawało mi się, że tym razem wyjątkowo dobrze pilnuję jedzenia — regularnie, rozsądnie, nie na siłę. Nic nie chciało przechodzić, żel też nie wchodził i wtedy naprawdę było trudno. Chciałam jak najszybciej dotrzeć do miejsca, gdzie mieliśmy nocleg, czyli do Bystrej Podhalańskiej, żeby w końcu odpocząć. Ale to się niesamowicie dłużyło.
Biegłam wtedy z Wojtkiem, moim trenerem i z Marysią z naszej grupy Ultra Trail Academy. Naprawdę robili wszystko, żeby mnie wspierać i podtrzymać na duchu, ale mimo to czułam, że mam bardzo ciężko. W pewnym momencie poprosiłam nawet, żeby zostawili mnie na chwilę samą. Potrzebowałam tego — musiałam wszystko sobie w głowie poukładać, uspokoić się, przełamać ten strach i bezsilność. Na końcówce już praktycznie szłam. Kiedy wreszcie zobaczyłam moją przyczepę, ten „domek” i całą ekipę, która tam na mnie czekała, to aż mnie ścisnęło w gardle. Przytulali mnie, a ja ledwo stałam na nogach. Wszyscy mówili, że wyglądam fatalnie — i mieli rację (śmiech). Ale samo to, że ich zobaczyłam, było niesamowicie wzruszające. Udało mi się coś zjeść i po krótkim odpoczynku… dosłownie po trzech godzinach znowu ruszyłam dalej. Pamiętam, że byłam wtedy na punkcie około dziewiątej, może w pół do dziesiątej wieczorem, a wychodziłam już w środku nocy. I do dziś się nad tym zastanawiam, jak to możliwe, że człowiek potrafi się tak przestawić. W głowie miałam jedno: „muszę wstać i biec dalej”.
Prawdziwa wytrzymałość.
Tak, ja się zawsze zastanawiam nad tym, że to wszystko w głowie musi być poukładane. To takie zadanie dla naszej psychiki — wstać, założyć buty i po prostu iść, niezależnie od zmęczenia. Ciało potem samo działa, a buty na nogach jakby „włączają tryb biegu” i nagle się da. Nawet gdyby człowiek zrobił setki treningów, ale nie miałby w głowie zakodowanej pewności, że jest w stanie to zrobić, to byłoby naprawdę trudno. Mój plan treningowy był układany przez Wojtka pod kolejne wyzwania. Przygotowywałam się najpierw pod maratony, potem Lavaredo Ultra Trail, a w końcu do GSB. Treningi były różnorodne — zarówno płaskie, jak do klasycznych maratonów, jak i górskie, podbiegi, chodzenie z kijami, szybkościowe podejścia — wszystko, co przydaje się w ultramaratonach górskich. Miałam też w planie różne „mini-challenge” na własną rękę, żeby sprawdzić organizm, np. biegi w określonym rejonie w jedną i drugą stronę. Ale wtedy wyszła u mnie anemia — żelazo, ferrytyna były za niskie — i wszystkie plany musiały zejść na bok. Priorytetem stało się zdrowie, bo bez niego GSB nie byłoby możliwe.
Wtedy pomogła mi Marta Naczyk, która ułożyła dietę stricte pod podniesienie parametrów krwi. Nie chodziło tylko o żelazo czy buraczki, to były precyzyjne, skomponowane posiłki, uwzględniające przerwy między składnikami, żeby wchłanianie było maksymalne. To naprawdę zrobiło różnicę. Dzięki temu moje wyniki się poprawiły i mogłam podejść do GSB w pełni przygotowana fizycznie i psychicznie.
Ola, jesteś mamą trójki dzieci i do tego babcią — na mecie GSB była też twoja wnuczka. To pewnie jeden z tych naprawdę wzruszających momentów. Mogłabyś opowiedzieć o swojej roli mamy w kontekście biegania? Jak twoje dzieci patrzyły, gdy zaczynałaś tę swoją pasję, a jak teraz to wygląda?
Bardzo wcześnie zostałam mamą — pierwsze dziecko urodziłam mając 22 lata, niedługo potem pojawiła się córka, a później najmłodszy syn. W zasadzie uczyliśmy się siebie nawzajem, bo nie miałam doświadczenia, więc wszystko musiałam odkrywać sama — tak jak w moim bieganiu, wszystko było trochę, jak moje „ultra” życia. Trzeba było uczyć się siebie, dzieci i tworzyć relację, w której wszyscy czujemy się dobrze. Teraz moje dzieci mają 31, 29 i 22 lata. Kiedy zaczynałam biegać 11 lat temu, moje starsze dzieci już były nastolatkami, a najmłodszy Mati najbardziej doświadczał mojej pasji, bo najczęściej wyjeżdżał ze mną na wszystkie wyjazdy, zwłaszcza rodzinne biegi. Zawsze mnie wspierali i do dziś tak jest. W chwilach, gdy mam wątpliwości lub trudne momenty, zawsze mogę z nimi porozmawiać.
Pamiętam mój pierwszy bieg w UTMB — wtedy nie udało mi się przebiec całego dystansu. Moja rodzina kibicowała mi z domu, a ja czułam się bardzo przygnębiona. Mateusz wtedy podszedł do mnie i powiedział: „Mamo, zobacz, mam w pokoju wszystkie twoje medale, wszystkie biegi, które zrobiłaś. Spójrz, ile już osiągnęłaś! UTMB to tylko jedno z wyzwań, a czeka na Ciebie coś jeszcze fajniejszego”. To dało mi ogromną motywację i pokazało, jak ważne jest docenianie własnych sukcesów.
Piękne! A jak wygląda twoje roztrenowanie? Na co sobie pozwalasz w tym czasie?
Teraz w końcu mogę w pełni uczestniczyć w tych towarzyskich wydarzeniach, zostając chwilę dłużej, ciesząc się tymi spotkaniami i pozwalając sobie na odrobinę odpoczynku — na to naprawdę zasłużyłam. Chociaż moja głowa naprawdę potrzebuje tego biegania, bo bez niego trudno mi wrócić do równowagi. Ostatnie 10 dni praktycznie nie biegałam, więc zawsze ciężko mi znosić roztrenowanie. Moje nogi sobie z tym radzą najlepiej, ale reszta organizmu i głowa już zdecydowanie gorzej. Odczuwam wciąż pewne dolegliwości — bóle głowy, osłabienie — dlatego robię badania, żeby wszystko sprawdzić, zanim rozpocznę kolejne, większe jednostki treningowe. Choć nogi są w porządku, cały organizm przechodził ogromny wysiłek i potrzeba czasu, żeby wszystko się ustabilizowało. Wciąż czuję pewne osłabienie, także emocjonalnie. To pewnie efekt emocji związanych z zakończeniem sezonu. Jestem bardzo emocjonalna, więc z jednej strony kończę sezon, a z drugiej już myślę o kolejnym. Mimo to wiem, że mój organizm powoli dochodzi do siebie i wierzę, że przy odpowiednim wyciszeniu i regeneracji znów będę gotowa na wyzwania.
Jakie masz plany startowe na kolejny sezon?
Na razie nie mam jeszcze dokładnie sprecyzowanych planów na kolejny sezon, bo mam kilka pomysłów. Na pewno chciałabym zrobić przynajmniej dwa dłuższe, biegowe wyzwania. Myślałam też o tym, żeby spróbować czegoś nowego, ale jeszcze chcę poczekać. Na pewno moim marzeniem na przyszłość jest Western States Endurance Run.
Pamiętasz, jak zaczynałaś biegać? Może na sam koniec zrobimy małe podsumowanie, na co zwracać uwagę, jak zaczyna się właśnie biegać?
Kiedyś, na początku, zaczynałam biegać ważąc ponad 80 kg. Miałam bardzo restrykcyjną dietę niskowęglowodanową, straciłam dużo sił, czasem w sklepie musiałam pić Coca-Colę, bo robiło mi się słabo. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że podczas biegu trzeba mieć ze sobą jedzenie i wodę – byłam w tym zupełnie nieświadoma. Teraz wiem, że ani wiek, ani waga, ani żadne inne wymówki nie powinny powstrzymywać przed realizacją marzeń. Trzeba po prostu chcieć i konsekwentnie pracować nad swoim celem. Wymaga to cierpliwości, pokory i regularnej pracy. Zawsze chciałam, żeby wszystko działo się szybko, ale nauczyłam się cierpliwości – zarówno w treningach, jak i w podejściu do życia. Kiedyś myślałam, że mogę wszystko „zwojować” sama, bez planu i cierpliwości. Teraz wiem, że sukces to połączenie pracy, marzeń, cierpliwości i pokory. Małe osobiste sukcesy dają ogromną satysfakcję – to one naprawdę budują dumę z siebie.
Rozmawiała: Magdalena Bryś
Fotografia: Tomasz Loska
