Niektóre przygody z czasem zamieniają się w drogę na całe życie. Od pierwszych jej zjazdów poza przygotowanymi trasami po starty we Freeride World Tour – rozmowa z Gosią Śniegórską o freeride, podejmowaniu ryzyka i o relacji z górami, która
z czasem stała się czymś znacznie więcej niż tylko sportową pasją.
Jak zaczęła się twoja przygoda z freeridem. Co tak naprawdę sprawiło, że zostałaś w nim na dłużej? Jak ta pasja wpłynęła na twoje życie? W jaki sposób ukształtowała cię nie tylko jako osobę, ale też w kontekście twojej drogi zawodowej i kariery?
Freeride był w dużej mierze następstwem decyzji, które wcale nie były wcześniej zaplanowane. Na snowboardzie jeździłam od dawna, ale wcześniej skupiałam się głównie na freestyle’u. W 2017 roku wyjechałam na sezon do Szwajcarii i myślę, że to był prawdziwy punkt zwrotny w mojej, nazwijmy to obecnej drodze sportowej. Będąc w Alpach, szczególnie w Szwajcarii, trudno nie zachwycić się pięknem gór, czy zainspirować do próbowania nowych rzeczy. Freeride nie pojawił się od razu. Przez pierwsze dwa lata byłam mocno zaangażowana w pracę, a freestyle wciąż mi towarzyszył. Dopiero później zaczęłam coraz bardziej interesować się jazdą poza trasą.
Dla mnie początek był bardzo naturalny. Na miejscu poznajesz ludzi, masz okazję spróbować czegoś nowego. Miałam ogromne szczęście trafić na osoby, które wprowadziły mnie w świat freeride’u. Często mówi się, że do pewnych rzeczy, zwłaszcza takich, jak freeride, trzeba dorosnąć. Myślę, że u mnie właśnie tak było. Przez lata góry rozwijały mnie zarówno, jako zawodniczkę, jak i osobę, aż w pewnym momencie dotarło do mnie, że to może jest ta „moja ścieżka”, na której powinnam się skupić. Do Szwajcarii początkowo wyjeżdżałam tylko na sezony, wracałam do Polski, natomiast później już zostawałam całorocznie, aby w pełni skorzystać z tych niesamowitych terenów. No i ta relacja z Alpami trwa już prawie 10 lat.
Czy pamiętasz swój pierwszy zjazd?
Nie pamiętam dokładnie, czy to była już wtedy Szwajcaria i konkretna ekipa, ale doskonale pamiętam swoje pierwsze emocje. Mówiąc szczerze, to był trochę mały dramat. Wybrałam się kompletnie nieprzygotowana. Na swój pierwszy freeride wyszłam z deską freestyle’ową — miękką, zupełnie nieprzystosowaną do większych prędkości i trudniejszego terenu. Nawet nie pamiętam, czy moja kurtka i spodnie miały jakąkolwiek membranę. Wyglądałam jak typowy freestyle’owiec, który nagle postanowił wyjść poza trasę. Bardzo szybko to odczułam. Przy szybszym zjeździe deska kompletnie nie reagowała tak, jak powinna, była za miękka i nie trzymała stabilności. Męczyłam się strasznie. To było fizycznie wyczerpujące i momentami frustrujące. Pamiętam, że wtedy pomyślałam: jeśli naprawdę chcę iść w tym kierunku, muszę zacząć od podstaw, czyli od techniki i odpowiedniego sprzętu. Oprócz kwestii technicznych, moment zjazdu pamiętam bardzo dobrze. Byliśmy w miejscu, gdzie nie było nikogo dookoła, tylko my, góry, cisza i ogromna przestrzeń. Nagle pojawił się zachód słońca, taki, który dosłownie zapiera dech w piersiach. Pomyślałam wtedy: jakie to jest niesamowite doświadczenie, jak bardzo to karmi duszę. W tej ciszy, w tej przestrzeni poczułam, że freeride ma w sobie coś niezwykle dojrzałego. To już nie była tylko jazda czy trik, to było spotkanie z naturą, z własnymi emocjami, z pokorą. Zrozumiałam, że to nie jest tylko sport, to pewny rodzaj przeżycia.
Piękne doświadczenie! Czy coś było dla ciebie wyzwaniem dla początku tej przygody? Wspomniałaś już o sprzęcie i jego kompletowaniu. Czy to był kluczowy element, czy raczej większym wyzwaniem okazała się technika, mental lub odnalezienie się w nowym środowisku?
Wiesz co, na początku największym wyzwaniem było dla mnie znalezienie odpowiednich osób, z którymi mogłabym jeździć. Freeride to jednak sport dość ekstremalny, więc chcesz mieć obok siebie osoby odpowiedzialne. Takie, które potrafią wspólnie podejmować decyzje, są dobrze przygotowane pod kątem bezpieczeństwa i po prostu wiesz, że możesz im zaufać. Miałam może dwie osoby, z którymi naprawdę czułam się bezpiecznie, wychodząc w góry. Kiedy coś staje się Twoją pasją, naturalnie chcesz robić to jak najczęściej. Tu pojawiał się problem, bo byłam mocno ograniczona czasowo. W tamtym okresie intensywnie pracowałam, często na zmiany, więc bardzo trudno było zgrać się na wspólne wyjścia. Szczerze mówiąc, jeśli chodzi o bariery techniczne czy mentalne, to na samym początku nawet ich aż tak nie odczuwałam. Najbardziej brakowało mi właśnie społeczności, grupy, z którą mogłabym dzielić tę pasję i wspólnie „smakować” freeride. W tym sporcie relacje i zaufanie są równie ważne jak umiejętności.
Jak wejście w świat profesjonalnego freeride’u, szczególnie w kontekście startów i kwalifikacji do międzynarodowych zawodach (Freeride World Tour) zmieniło ciebie? Czy poczułaś, że coś się wtedy przełamało albo weszłaś na zupełnie inny poziom? Przede wszystkim ogromne gratulacje!
Dziękuję! Czasami nawet sama tego tak nie odczuwam, ale rzeczywiście, wiele się zmieniło. Przede wszystkim zmieniła się moja postawa. Po pierwszych startach moje ego zostało mocno „sprowadzone na ziemię”. Kiedy jeździsz ze znajomymi, jesteś na fali, czujesz hype i masz wrażenie, że możesz wszystko, że nic cię nie ogranicza i konsekwencje cię nie dotyczą. Start w zawodach bardzo szybko weryfikuje takie myślenie. Nagle pojawiają się zupełnie inne aspekty, jak presja, rywalizacja, odpowiedzialność, poziom innych zawodników. To pokazało mi też coś o mnie samej. Z natury jestem trochę „harpaganem”, rzucam się w różne rzeczy, działam szybko, czasem impulsywnie, nie zawsze wszystko dokładnie analizując. W sporcie to bywa siłą, ale w zawodach potrafi być też pułapką. Pamiętam, że swoich pierwszych startów… właściwie nie pamiętam. Wszystko działo się tak szybko, że mam wrażenie, jakbym była poza swoim ciałem. Stałam na bramce startowej, a kilka sekund później byłam już na dole. Nawet nie byłam do końca świadoma tego, co się wydarzyło. To doświadczenie nauczyło mnie pokory i większej uważności. Pokazało mi, że oprócz odwagi i energii potrzebna jest też świadomość, strategia i praca nad głową.
A ile właściwie trwa zjazd? To kwestia kilku minut czy krócej?
To zależy przede wszystkim od ściany i od rangi zawodów, w których startujesz. Ale zazwyczaj taki przejazd trwa około 1,5-2 minuty. To naprawdę bardzo szybko, zwłaszcza biorąc pod uwagę prędkość i intensywność takiego zjazdu. Po tych pierwszych startach, kiedy byłam właściwie nie do końca świadoma, co się wydarzyło, pomyślałam: coś trzeba zmienić. Rzeczywiście zmieniła się moja postawa. Dziś podchodzę do tego wszystkiego z dużo większym spokojem i świadomością. Lepiej rozumiem emocje, które pojawiają się przed startem, jak stres, napięcie, ekscytację i potrafię je obserwować, zamiast im ulegać. W trakcie samego przejazdu to już wygląda inaczej. Tam włącza się tryb pełnego skupienia. Emocje schodzą na dalszy plan, ciało działa automatycznie, a głowa koncentruje się na linii przejazdu i kolejnych decyzjach. To bardziej stan przepływu niż analizowania. Te doświadczenia nauczyły mnie jednak czegoś bardzo ważnego: jak odnaleźć siebie w stresujących momentach. Nie tyle „walczyć” ze stresem, co go oswajać i wykorzystywać. I to przekłada się na życie poza zawodami. Łatwiej jest mi dziś uspokoić się w trudnych sytuacjach, złapać dystans i znaleźć w sobie wewnętrzną równowagę.

Jak przygotowujesz się do takich startów? Zarówno bezpośrednio przed zawodami, jak i szerzej, w sezonie zimowym, ale też poza nim, latem? Jak wygląda ten proces przygotowań?
U mnie sport trwa właściwie przez cały rok, nie ma momentu, w którym całkowicie go odpuszczam. Latem skupiam się na budowaniu solidnej bazy pod sezon zimowy. To wtedy wykonuję największą pracę fizyczną. Trenuję siłowo, dużo czasu spędzam w górach, biegam, wspinam się, wykorzystuję naturalny teren. Sięgam też po inne sporty deskowe, choć nie przekładają się one wprost na freeride. Najważniejsze jest utrzymanie ciała w gotowości oraz konsekwentne budowanie siły i stabilizacji.
Trening siłowy to fundament, ale ogromną rolę odgrywa również plyometria. Dynamiczne wyskoki, przeskoki, ćwiczenia uczące kontroli i stabilnego lądowania. W freeride’zie ciało musi być przygotowane na duże przeciążenia i mocne impakty. Skoki ze skał czy lądowania w wymagającym terenie nie są dla organizmu czymś naturalnym, dlatego trzeba go do tego świadomie przygotować. Plyometria uczy absorbowania siły, kontroli w powietrzu i bezpiecznego lądowania.
Najintensywniejszy okres przygotowań przypada na październik i listopad. Zimą skupiam się już głównie na podtrzymaniu formy. Zazwyczaj trenuję siłowo dwa razy w tygodniu, choć wszystko zależy od warunków. Zdarzało się, że spędzałam dziewięć dni z rzędu na śniegu. Gdy są dobre warunki, trudno z nich nie korzystać. Równocześnie uczę się odpoczywać. To wcale nie jest proste, gdy mieszkasz w ośrodku narciarskim i masz góry pod domem. Czasem jeden dzień przerwy potrafi wywołać wewnętrzny niepokój. Wiem jednak, że regeneracja jest tak samo ważna jak trening. Bez niej nie ma progresu ani bezpieczeństwa.
Powiedz nam w takim razie, jak wygląda twój typowy dzień w sezonie?
Mój typowy dzień w sezonie w dużej mierze zależy od warunków. To one dyktują plan. W tym roku sytuacja jest dość wymagająca. Podkład śniegowy był słaby, a ostatnio dosypało naprawdę sporo, więc zagrożenie lawinowe jest wysokie. Dzisiaj (przyp. red. 22.02.2026) jest pierwszy dzień, kiedy przestało sypać. Zanim ruszymy w góry, zawsze kontaktuję się ze znajomymi, z którymi planuję jeździć. Jeśli wybieramy się poza trasę, dokładnie sprawdzamy komunikaty lawinowe, analizujemy warunki i ustalamy plan: gdzie jedziemy, jaki teren wybieramy, jaki poziom ryzyka jesteśmy gotowi zaakceptować. Czasem decydujemy się na bardziej wymagające linie, a czasem robimy dzień treningowy, szukamy mniejszych skałek, ćwiczymy skoki, lądowania, konkretne elementy techniczne. Kiedy już ruszamy, jeździmy praktycznie do końca dnia. Maksymalnie wykorzystujemy czas w górach. Po powrocie do domu stawiam na regenerację, rolowanie, rozciąganie, odpoczynek. Jeśli dzień był lżejszy, zdarza się, że jeszcze idę na siłownię. Dużym plusem mieszkania w ośrodku narciarskim jest to, że łatwiej podejmować rozsądne decyzje. Jeśli warunki są zbyt niebezpieczne albo czuję, że organizm potrzebuje przerwy, mogę odpuścić bez presji. To zupełnie inna sytuacja niż wyjazd na kilka dni, kiedy masz ograniczony czas i dużo trudniej powiedzieć sobie „nie”. Tutaj uczę się, że konsekwencja i cierpliwość są ważniejsze niż jeden dodatkowy zjazd.
Tu, gdzie mieszkasz, masz swoje ulubione miejscówki na zjazdy? Pewnie jest ich sporo, ale czy są takie, do których wracasz najchętniej?
Tak, to w dużej mierze zależy od warunków śniegowych. Ostatnio sporo jeździłam po lokalnym lesie. To jest właśnie piękne w Alpach, że w obrębie jednego ośrodka masz ogromną różnorodność terenu. Mam swoje ulubione miejsca: fragmenty leśne, gdzie jazda jest bardziej techniczna i płynna, ale też taką ścianę pełną skał. To świetne miejsce do progresu. Możesz stopniowo się rozwijać, zaczynając od mniejszych dropów i przechodząc do coraz większych. Ten teren daje ogromne możliwości treningowe. Są też linie, których jeszcze nie udało mi się zjechać. Czekam, aż warunki się ustabilizują pod koniec sezonu, żeby spróbować. To są już bardziej konkretne, wymagające przejazdy, takie, które wymagają pełnego skupienia i dobrego okna pogodowego. I właśnie to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Takie małe elementy terenu, które odkrywasz z czasem. Mieszkając tutaj, właściwie nie da się nudzić. Nawet jeśli znasz miejsce bardzo dobrze, zawsze pojawia się coś nowego: inna linia, inny śnieg, inne światło. Każdy dzień potrafi wyglądać inaczej.
Czy masz jeszcze jakieś miejsce, o którym marzysz? Taką linię, w Alpach albo może gdzieś na świecie, którą bardzo chciałabyś kiedyś zjechać?
Tych miejsc jest naprawdę dużo. Kiedy zaczynam o tym myśleć, lista właściwie się nie kończy. Od zawsze jednym z moich największych marzeń była Alaska. Te ogromne, śnieżne żebra i wielkie, otwarte ściany, to już jest bardzo konkretny poziom freeride’u. Żeby tam pojechać, trzeba być naprawdę dobrze przygotowanym, mentalnie i fizycznie. To też nie jest najprostsza logistycznie wyprawa, więc odkładam to sezon po sezonie. Ale wierzę, że przyjdzie moment, kiedy to marzenie się spełni. Bardzo marzy mi się też Kanada i takie prawdziwe backcountry, wyjazdy na skuterach śnieżnych, docieranie w miejsca, gdzie jesteś dosłownie w środku niczego. Taka totalna przestrzeń i surowość natury. Jeśli chodzi o bardziej konkretne cele, to lokalnie bardzo chciałabym zjechać ścianę Bec des Rosses, tę samą, na której odbywa się finał Freeride World Tour. To symboliczne miejsce w świecie freeride’u. Mam nadzieję, że uda mi się to zrealizować jeszcze w tym sezonie.
W głowie mam też kilka linii na szwajcarskich czterotysięcznikach, ambitnych, wymagających projektów, które chciałabym stopniowo realizować w kolejnych sezonach. Bardzo pociąga mnie też Azja Centralna, Kirgistan i Kazachstan. Widziałam zdjęcia z wypraw, gdzie dociera się konno w totalne bezludzie, a potem wychodzi wysoko w góry i zjeżdża dziewicze ściany. To brzmi jak prawdziwa przygoda. Podobnie Gruzja, tam jest mnóstwo świetnych terenów freeride’owych. Myślę, że jeszcze północ, zwłaszcza Norwegia, szczególnie region Alp Lyngeńskich. Połączenie gór i fiordów wygląda absolutnie spektakularnie. To jedno z piękniejszych doświadczeń freeride’owych w Europie. Świat jest w tym sporcie właściwie otwarty. Czasem największym wyzwaniem nie jest odwaga czy umiejętności, ale logistyka i budżet. Wierzę, że jeśli konsekwentnie się pracuje i rozwija, to te miejsca przychodzą w odpowiednim momencie.

Potwierdzam, że jest tak wiele pięknych miejsc na świecie.
Śmieję się czasem, że w moim przypadku to już nawet nie jest pasja do gór, to bardziej relacja, taki długoterminowy związek z górami. Relacja, która jest naprawdę piękna, ale o którą trzeba cały czas dbać. Wymaga uważności, pokory, pracy nad sobą, nad formą, nad głową. Góry bardzo dużo dają, ale też uczą odpowiedzialności. Chyba właśnie to sprawia, że to nie jest chwilowa fascynacja, tylko coś znacznie głębszego.
Co powiedziałabyś sobie na początku swojej drogi z freeride’em, mając dzisiejsze doświadczenie? Jaką jedną rzecz chciałabyś wtedy usłyszeć?
Myślę, że powiedziałabym sobie przede wszystkim: daj sobie czas. Zbudowanie solidnych fundamentów w freeride’zie wymaga czasu, doświadczenia i cierpliwości. To nie jest coś, co wydarza się z dnia na dzień. A ja kiedyś bardzo chciałam, żeby wszystko działo się „już”. Byłam trochę chaotyczna, pędziłam do przodu, chciałam szybkich efektów, nie tylko w sporcie, ale w wielu aspektach życia. Pamiętam, że kiedyś miałam bransoletkę z napisem „Take Your Time”. Dziś uśmiecham się na to wspomnienie, bo to zdanie jest tak bardzo adekwatne do mojej drogi. Wiele rzeczy dzieje się w odpowiednim momencie, nawet jeśli wtedy tego nie rozumiemy. I nie warto stresować się tym, że coś nie przychodzi natychmiast. Powiedziałabym sobie też: nie próbuj na siłę udowadniać swojej wartości. Zwłaszcza jako kobieta w sporcie ekstremalnym, gdzie nadal jest więcej mężczyzn. Miałam w sobie potrzebę pokazania: „ja też potrafię”. Chciałam dorównać, nie odstawać, nie wyłamywać się. Był moment, kiedy nie posłuchałam swojego instynktu, chciałam zjechać linię podczas nagrań, nie chciałam się wycofać, a powinnam była. Skończyło się to lawiną. Dziś wiem, że odpuszczanie nie jest słabością, to forma siły i dojrzałości. Z perspektywy czasu widzę, że wszystko miało sens, nawet te trudne momenty. One musiały się wydarzyć, żebym była tu, gdzie jestem, bo będąc w środku tych sytuacji, nie widzisz całego obrazu. Pojawia się stres, presja, chęć przyspieszenia procesu. Dziś wiem, że w górach i w życiu, spokój naprawdę ratuje.
Wydaje mi się, że w sporcie, jakim jest freeride ryzyko jest wpisane, ale tutaj istotne jest zarządzanie tym ryzykiem. Jak to wygląda w praktyce? Jak oceniać zagrożenia, lawiny, warunki śniegowe, teren? Na ile doświadczenie i sprzęt, jak detektory, realnie zwiększają bezpieczeństwo?
Ostatnio usłyszałam bardzo mądre zdanie: gór nie obchodzi, czy jesteś ekspertem, czy nie. To jest brutalnie prawdziwe. Patrząc na to, co wydarzyło się na początku tej zimy, widzimy, że nawet bardzo doświadczeni freeriderzy zginęli w lawinach. Doświadczenie bywa ogromnym atutem, ale czasami może też uśpić czujność. Może dawać złudne poczucie kontroli. Dlatego tak ważne jest, żeby słuchać siebie i swojego instynktu. Ryzyko w tym sporcie jest zawsze obecne, nie da się go wyeliminować. Można je tylko minimalizować. Oczywiście ogromne znaczenie ma przygotowanie: kursy lawinowe, analiza komunikatów, odpowiedni sprzęt, jak detektor, sonda, łopata oraz ludzie, z którymi wychodzisz w góry. Zespół i wspólne podejmowanie decyzji to podstawa. Równie ważne jest zadanie sobie bardzo uczciwego pytania: na ile jestem dziś gotowa podjąć to ryzyko? Czy robię to z pełną świadomością, czy z presji, ambicji, potrzeby udowodnienia czegoś? Bo ryzyko jest zawsze, ale odpowiedzialność też jest zawsze po naszej stronie. Czasem wydaje ci się, że masz wszystko pod kontrolą, że jesteś w stanie to „ogarnąć”. Właśnie w tym bywa pułapka. Kiedy zjeżdżamy jakąś linię, zawsze analizujemy teren. Szukamy tzw. bezpiecznych wysp i potencjalnych dróg ucieczki. Patrzymy na to, jak ułożona jest ściana, gdzie może pójść lawina, jaki będzie jej tor spadu. Lawina, podobnie jak woda, porusza się zgodnie z ukształtowaniem terenu, nie pójdzie pod górę, tylko będzie szukała najłatwiejszej drogi w dół. Dlatego planując zjazd, wyznaczamy miejsca, w które w razie czego możemy uciec, żeby znaleźć się poza głównym nurtem spływu. To są rzeczy, które można trenować: czytanie terenu, analizę zagrożeń, podejmowanie decyzji w zespole. Też jest druga strona, im większe masz doświadczenie, im dłużej jeździsz i statystycznie „nic ci się nie wydarzyło”, tym łatwiej uśpić czujność. Pojawia się myśl: skoro tyle razy się udało, to i teraz będzie dobrze. Widzę to czasem nawet u bardzo doświadczonych osób. Bywa, że adrenalina, świeży opad śniegu, brak dobrych warunków przez dłuższy czas powodują taki hype: „trzeba iść, trzeba wykorzystać okazję”.
Czy masz w środowisku freeride’owym kogoś, kto jest dla ciebie inspiracją? Kogoś, na kogo szczególnie patrzysz albo kto miał realny wpływ na twoją drogę?
Jest naprawdę wiele osób, które mnie inspirują. Jeśli chodzi o pionierów freeride’u, ogromne wrażenie robią na mnie Travis Rice i Jeremy Jones. Patrzę na to, co robią w górach, ich wizję, odwagę, styl. Bardzo inspirują mnie też kobiety w tym sporcie. Na przykład Robin Van Gyn czy Hana Beaman. Inspiruje mnie ich styl, taki luz, flow, sposób poruszania się po terenie. To bardziej inspiracja w duchu backcountry, takiego freeride’u z przestrzenią i wolnością. Z kolei, jeśli chodzi o podejście stricte zawodnicze, ogromnym autorytetem jest dla mnie Marion Haerty. To jedna z najbardziej utytułowanych zawodniczek w historii freeride’u. Inspiruje mnie pod kątem profesjonalizmu, konsekwencji i sportowej dojrzałości. To, co bardzo w niej cenię, to nie tylko jej osiągnięcia sportowe, ale też to, że aktywnie wspiera inne dziewczyny. Organizuje wydarzenia i campy freeride’owe dla kobiet, dzięki którym mogą w bezpieczny sposób spróbować jazdy poza trasą. Tworzy przestrzeń, w której można się uczyć, rozwijać i budować pewność siebie. To jest dla mnie ogromna inspiracja, szczególnie na europejskiej scenie. Każda z tych osób daje mi coś innego, czyli wizję, styl, mental i odwagę. To jest chyba najpiękniejsze w tym środowisku, że możesz czerpać z wielu kierunków i budować swoją własną drogę. Na równi z nią inspiruje mnie oczywiście Xavier De Le Rue, legenda freeride’u. Jego technika, kontrola i sposób czytania terenu są niesamowite. To zupełnie inny rodzaj inspiracji, bardziej surowy i techniczny.
Jak zachęciłabyś dziewczyny, które dobrze jeżdżą na nartach albo na desce, ale wahają się przed pierwszym krokiem w freeride? Co byś im powiedziała?
Przede wszystkim powiedziałabym: jeśli masz w sobie tę ciekawość, to nie bój się zrobić pierwszego kroku. Szukaj ludzi bardziej doświadczonych, społeczności, która może Cię wprowadzić w ten świat. Absolutnie nie polecałabym zaczynać samodzielnie. Freeride to nie jest coś, co warto testować w pojedynkę, bo może się bardzo źle skończyć. Bezpieczeństwo to podstawa. Najlepszym pierwszym krokiem jest zapisanie się na kurs lawinowy albo wyjazd szkoleniowy, nastawiony na rozwój w kierunku freeride’u. Kiedy jesteś pod opieką kogoś bardziej doświadczonego, część strachu naturalnie znika. Wiesz, że ktoś panuje nad sytuacją, że decyzje są przemyślane. To daje ogromny komfort i pozwala skupić się na nauce. Takie szkolenia nie tylko zwiększają bezpieczeństwo, ale też bardzo przyspieszają progres, bo uczysz się czytać teren, analizować warunki, podejmować decyzje. Później warto znaleźć swoją stałą, zaufaną grupę, z którymi masz wspólną odpowiedzialność i podobne podejście do ryzyka. Freeride daje ogromną wolność, ale ta wolność staje się prawdziwa wtedy, gdy stoi za nią wiedza i świadomość.
Jakie masz teraz plany na przyszłość? Zarówno te krótkoterminowe, jak i trochę dalsze?
Dwa przystanki zawodów mam już za sobą, a jesteśmy dopiero w połowie zimy, więc teraz pełna koncentracja idzie na kolejne starty. Jednocześnie zaczynam myśleć o wiośnie. Chciałabym zrobić kilka splitboardowych wyjść na okoliczne szczyty – spokojniej, bardziej projektowo, z naciskiem na jakość linii. Coraz mocniej czuję też potrzebę działania na rzecz freeride’u w Polsce. W tym sezonie dołączyłam do inicjatywy Zuzy Witych oraz kadry FWT Academy Poland i widzę, jak duży jest potencjał, żeby ten kierunek rozwijać. Zależy mi na budowaniu świadomości, bezpieczeństwa i prawdziwej społeczności wokół tej dyscypliny. To może nie jest plan rozpisany na dekady, ale na pewno krok w stronę przyszłości. Szkoda byłoby nie wykorzystać energii, jaka jest w polskiej scenie i nie dołożyć swojej cegiełki do jej rozwoju.
Dzięki Gosia za rozmowę!
Rozmawiała: Magdalena Bryś
Fotografia: archiwum prywatne Gosi Śniegórskiej
