Prowadzi agencję górską, spełnia marzenia innych, ale też uczy, jak bezpiecznie i świadomie odkrywać świat górski. Od czego to się zaczęło? Od jednej wyprawy, która zmieniła wszystko. Rozmowa z Ewą Stachurą.
Zacznijmy od samego początku, jak zaczęła się twoja przygoda z górami?
W 2015 roku po raz pierwszy przyjechałam do Gruzji. Byłam wtedy uczestniczką wyprawy, której celem było zdobycie Kazbeku. Góry już wtedy były moją wielką pasją. Miałam za sobą schodzone Tatry, Karkonosze, swój pierwszy czterotysięcznik, a Kazbek miał być kolejnym punktem w moim górskim CV. Ale ta wyprawa była czymś dużo ważniejszym dla mnie niż tylko zdobywaniem szczytu. Kilka miesięcy wcześniej w moim życiu wydarzyła się totalna rewolucja, spadła na mnie taka klasyczna życiowa bomba atomowa, która rozwala wszystko – zarówno życie prywatne, jak i zawodowe. Wyprawa na Kazbek była częścią podróży, w którą wyruszyłam po tym „wybuchu”, aby odzyskać równowagę i zastanowić się, co dalej.
Czym się zajmowałaś przed wyjazdem do Gruzji?
Ukończyłam studia magisterskie na kierunku prawo, a potem kontynuowałam naukę na studiach doktoranckich. Pracowałam w kancelariach prawnych, zdobywałam doświadczenie w zawodzie. Był taki moment, w którym robiłam wszystko, aby zostać prokuratorem. Równolegle ze studiami, już od 22. roku życia, prowadziłam też własny biznes – w zupełnie innej branży, niezwiązanej ani z prawem, ani z podróżami. W momencie, w którym po raz pierwszy przyjechałam do Gruzji byłam w życiowym zawieszeniu. Z jednej strony miałam już sporo doświadczeń zawodowych, ale z drugiej – czułam, że wszystko, co robiłam dotychczas, zaczynam podważać, że nie wiem, co chcę robić dalej. To był taki moment, kiedy musiałam wszystko zacząć od zera po tej „życiowej atomówce”. I ta wyprawa na Kazbek była dla mnie taką podróżą z intencją, żeby pojawił się jakiś pomysł, podpowiedź, w którym kierunku pokierować moje życie.
Pięknie opowiadasz o tej drodze.
Kazbek okazał się dla mnie szczytem totalnie magicznym. Bo on naprawdę dał mi wszystko, czego wtedy szukałam. Dał mi odpowiedź. Jasną, klarowną i pewną – co mam robić dalej. To jest ta bardziej romantyczna część historii o tym, jak to wszystko się zaczęło. Kiedy po raz pierwszy stanęłam na szczycie Kazbeku, to było jak olśnienie. Pamiętam, jak spojrzałam na przewodnika, który mnie tam wprowadził i powiedziałam: „Zostaję. Ja już nie wracam do Polski. Zakładamy agencję górską. I to będzie najlepsza agencja w całej Gruzji.” Mimo że nie miałam żadnego doświadczenia w pracy w turystyce, a o górach wiedziałam tylko tyle, ile doświadczyłam do tej pory w ramach własnej pasji, to wiedziałam, czułam całym ciałem i sercem, że to jest właśnie to. Ten pomysł po prostu do mnie przyszedł i był tak mocny, że nie miałam żadnych wątpliwości. A kiedy wypowiedziałam go wtedy na głos, na szczycie Kazbeku, to naprawdę poczułam, jakby to było jakieś magiczne zaklęcie. Bo od tego momentu wszystko zaczęło się dziać dokładnie tak, żeby wszystko się udało.
Wtedy podjęłaś decyzję, że zostajesz na jakiś czas w Gruzji?
Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Nie wróciłam już do Polski. Zostałam w Gruzji, razem z przewodnikiem, z którym stanęłam wtedy na szczycie Kazbeku, i jego bratem – założyliśmy agencję górską. Agencję, którą do dziś prowadzę. Oczywiście, to nie jest tylko historia złożona z bajkowych momentów. To też historia emigracji, odnajdywania się w zupełnie nowym świecie, w bardzo wymagającym, męskim środowisku, w którym trzeba było walczyć o swoje miejsce. To była też historia rozstań z bliskimi, samotnych momentów i trudnych decyzji. Musiałam nauczyć się języka, zrozumieć lokalne realia, wejść w kulturę zupełnie inną niż ta, w której dorastałam. Gruzja jest piękna, ale też bardzo specyficzna – tu obowiązują zupełnie inne zasady społeczne, obyczajowe, komunikacyjne. I tylko ja wiem, ile razy razy płakałam. Ale nigdy nie żałowałam tej decyzji, to nie był łatwy wybór, ale był właściwy. Gruzja stała się miejscem, w którym odnalazłam swoją zawodową drogę i w którym rozpoczęłam swoją życiową misję, którą teraz kontynuuję już także poza jej granicami – organizowanie i prowadzenie bezpiecznych i skutecznych wypraw górskich, spełnianie górskich marzeń, zarażanie pasją górską i edukowanie o górach.
Czy pamiętasz moment, w którym poczułaś, że góry to coś więcej niż pasja – że to właśnie twoja droga zawodowa i misja?
Wyprawa, w której wtedy brałam udział jako uczestniczka, była bardzo słabo zorganizowana. I była to nie pierwsza, a kolejna komercyjna wyprawa, którą kończyłam rozczarowana. Z perspektywy uczestniczki widziałam mnóstwo niedociągnięć: organizacyjny chaos, nieprzemyślane decyzje, brak wsparcia, błędy, które odbierały całą frajdę i radość z tego, co powinno być pięknym doświadczeniem. Podczas tej wyprawy mówiłam do mojej przyjaciółki, która wtedy była tam ze mną: „Ja się nie znam na biznesie turystycznym, ale poprowadziłabym tę wyprawę lepiej.”. Jak już wiesz, tak się stało bardzo szybko. Od samego początku mojej górskiej działalności przyświeca mi jedna zasada, której trzymam się do dziś: organizuję tylko takie wyprawy, w których sama chciałabym wziąć udział. Te pierwsze złe doświadczenia dały mi mocny fundament do zbudowania czegoś, co będzie inne. Zawsze powtarzam, że kiedy zakładałam agencję górską, nie wiedziałam, jak prowadzić taki biznes. Ale wiedziałam dokładnie, jak go NIE prowadzić. Pamiętam siebie z tamtych czasów. Pamiętam swoje uczucia. I dziś robię wszystko, by moi uczestnicy czuli się na wyprawach dobrze, by wiedzieli, że są zaopiekowani już od momentu zapisu na wyprawę. Dzielę się z nimi wiedzą zdobytą przez te wszystkie lata. Walczę o to, aby zdobyli szczyt, nawet wtedy, kiedy oni sami już chcą odpuścić. Nie dlatego, że to się dobrze klika w social mediach, tylko dlatego, że naprawdę wierzę, że to jest ważne. Dla mnie to nie jest marketing – to wartość, na której stoi nasza agencja. Moja pasja z czasem stała się moją pracą, ale ta praca nigdy nie przestała być pasją. I mogę szczerze przyznać, że nigdy nie „odhaczyłam” żadnej z wypraw, które organizuję. W każdą wkładam całe serce. Jestem naprawdę wdzięczna ludziom, którzy powierzają mi swoje górskie marzenia, swoje urlopy, swoje intencje, z którymi przyjeżdżają na wyprawy, a tak naprawdę – powierzają mi swoje życie, bo przecież w górach wysokich wszystko może się wydarzyć, nawet w trakcie komercyjnej wyprawy. I ja to traktuję bardzo poważnie. Góry nigdy nie były i nigdy nie będą dla mnie „tylko biznesem”. I właśnie to staram się przekazywać dalej – zarówno uczestnikom, jak i tym, którzy śledzą nas na social mediach.
I chociaż może się wydawać, że to, co mówię, powinno być odbierane tylko pozytywnie – to tak nie jest. Pamiętam jedną sytuację sprzed lat – kiedy ogłaszaliśmy wyprawę na Mera Peak, jeden z sześciotysięczników w Nepalu. To nie jest szczyt, którego zdobycie jest sportowym wyczynem, ale dla amatorów, którzy biorą udział w naszych wyprawach, to bardzo duże wyzwanie pod każdym względem. Postawiliśmy wtedy jasno jeden warunek: żeby wziąć udział w tej wyprawie, trzeba mieć za sobą przynajmniej jeden zdobyty pięciotysięcznik i to w warunkach śniegu i lodu. W Internecie rozpętała się burza. Zarzucono nam, że jako agencja komercyjna nie mamy prawa „odmawiać ludziom marzeń”, że „odbiła nam woda sodowa”, bo chcemy „robić casting na uczestników naszej wyprawy”, że przecież ludzie chcą zapłacić, więc mogą wymagać wszystkiego, a przede wszystkim tego, żebyśmy wzięli ich na wyprawę, nie zadając dodatkowych pytań.
Niesamowite, że takie działanie wzburzyło negatywne komentarze.
Tymczasem my postawiliśmy ten warunek właśnie po to, żeby uczestnicy wyprawy te marzenia naprawdę mogli spełnić. Zabranie na taką wyprawę osoby bez odpowiedniego doświadczenia to nie tylko ogromne ryzyko dla tej osoby, ale też dla wszystkich pozostałych uczestników, a przede wszystkim, według mnie, to zwykłe naciąganie na kasę. Bo z góry wiemy, że ten ktoś nie ma szans na szczyt, zapisujemy go na wyprawę wiedząc, że nie zrealizuje swojego celu, tylko po to, aby na nasze konto wpadła zapłata. I chociaż nasze praktyki nie wszystkim się podobają i nie wszyscy w branży patrzą na nas przychylnie, to widzę, że coraz więcej ludzi to rozumie. Coraz częściej spotykam się z pozytywnym feedbackiem – od uczestników, którzy wracają do nas właśnie dlatego, że doceniają, że nasza oferta jest wciąż komercyjna, ale rządzi się zasadami. A te zasady tworzą jakość. I to dla mnie ogromny dowód na to, że ta edukacja, ta praca u podstaw, to tłumaczenie jak działają góry wysokie w trakcie wystąpień np. na festiwalach górskich – ma sens. I dlatego wciąż będę odmawiać tym, którzy chcą dołączyć do wypraw, na które po prostu nie są jeszcze gotowi. Tak, to się naprawdę dzieje. Tygodniowo dostaję wiadomości od kilkunastu osób, które chcą zapisać się na wyprawy, takie jak Aconcagua, Pik Lenina czy Ama Dablam – bez żadnego doświadczenia w górach. I ja tym osobom poświęcam czas, pomimo że od razu mówię im, że nie wezmę ich na te wyprawy. Nie traktuję tego jako straty klienta. To jest inwestycja – w bezpieczeństwo tej osoby, w jej zaufanie, w długofalową relację. Wierzę, że nawet jeśli ten ktoś nie pojedzie ze mną teraz, to przygotuje się, wróci z doświadczeniem, albo wybierze inną wyprawę, na ten moment bardziej odpowiednią dla siebie. Bo mamy też oczywiście wyprawy, do których nie wymagamy wcześniejszego doświadczenia wysokogórskiego, które są świetne na pierwszy raz w górach wysokich, a które wciąż są prawdziwym górskim challangem. Jedną z takich wypraw jest na przykład mój ukochany Kazbek.
Niesamowite, jak często wiele osób nie ma pojęcia o górach wysokich, a planuje spróbować, bez doświadczenia. Czasami ludzie myślą o górach w kategoriach cyferek – odhaczyć kolejny szczyt.
Ja doskonale rozumiem, że ludzie chcą w górach iść coraz wyżej i zdobywać kolejne szczyty. Ja też jestem osobą ambitną, zadaniową, skoncentrowaną na celach. I naprawdę rozumiem, że w trakcie wyprawy wysokogórskiej najważniejsze jest stanięcie na szczycie. Ale podkreślam – to jest najważniejsze, ale nie jedyne, co jest ważne. Przed wyprawą trzeba zrobić badania, sprawdzić stan zdrowia. Trzeba zadbać o suplementację, bo prawie każdy z nas potrzebuje wsparcia do tak dużego wysiłku, jakim jest wyprawa wysokogórska. Trzeba trenować. I to nie tylko „uprawiać sport”, ale trenować konkretnie pod cel. Fajnie, że ktoś jeździ na rowerze czy pływa, ale to nie przygotowuje bezpośrednio do tego, co czeka Cię w górach. Trzeba pomyśleć o sprzęcie, o ubraniach, o diecie – przed wyprawą i o żywieniu w jej trakcie. O wszystkich formalnościach: wizach, ubezpieczeniach, pozwoleniach. Dla mnie wyprawą nie jest tylko ten tydzień, dwa czy trzy spędzone w górach. Już na pewno nie jest to te kilka chwil na szczycie. Wyprawa to proces – cały ten czas, który człowiek wkłada w przygotowanie. I właśnie ten proces najbardziej kocham w mojej pracy. Największą radość czerpię z przeprowadzania ludzi przez tę drogę – od pierwszej decyzji, przez przygotowania, aż po wejście na szczyt i bezpieczny powrót. I mogę dziś szczerze powiedzieć: nie mam już żadnego szczytu, o którym marzę dla siebie. Moim największym górskim celem jest wprowadzanie innych na ich wymarzone szczyty.
Kilka miesięcy temu organizowałam i prowadziłam naszą pierwszą w historii agencji wyprawę na Aconcaguę. I od samego początku wiedziałam, że nie wejdę na szczyt. Wiedziałam, że atak szczytowy poprowadzi mój wspólnik, a ja zostanę w bazie i zaopiekuję się tymi, którzy tej opieki będą wtedy potrzebować. I nie czułam żadnego żalu. Żadnej straty. Wręcz przeciwnie – miałam poczucie, że zdobyłam tę Aconcaguę kilkanaście razy, bo czułam, że wejście każdego uczestnika jest po trochu moim wejściem. To był mój cel: wprowadzić jak najwięcej osób na szczyt i wszystkich bezpiecznie sprowadzić. Na początku prowadzenia agencji czułam ogromną presję – żeby zdobywać kolejne szczyty, żeby mieć „zaliczone” już nawet nie dziesiątki wejść na Kazbek czy Elbrus, ale najlepiej setki. To był czas, kiedy karmiłam swoje górskie ego i czułam, że muszę coś sobie i innym udowodnić. Ale dziś mogę powiedzieć jasno: już nie chodzę po górach dla siebie. Organizuję wyprawy, lideruję je, prowadzę – dla innych. I właśnie w tym znajduję największy sens i największą satysfakcję.
Pamiętasz pierwsze swoje razy? Pierwszą zorganizowaną wyprawę, pierwsze wejście
na wysoki szczyty i marzenia, które realizowałaś na samym początku?
Opowiem Ci historię o naszej pierwszej wyprawie, takiej zupełnie pierwszej, zorganizowanej w ramach Mountain Freaks, które dopiero co powstało. Do tej pory tę historię opowiedziałam tylko Nice, mojemu wspólnikowi, ale zrobiłam to dopiero jakieś 2 lata temu. Do tego momentu nawet on nie znał historii, która stała za naszą pierwszą poprowadzoną w góry grupą. Kiedy pojawił się pomysł, żeby założyć Mountain Freaks, dość szybko udało mi się przekonać moich wspólników, że to może być dobry kierunek. Ale czułam, że z ich strony to nie była taka wiara na 100%, raczej ostrożnie podchodzili do tematu. A ja wtedy płonęłam, wierzyłam w ten pomysł całą sobą, byłam przekonana, że chcę iść tą drogą i bardzo chciałam też zapalić w nich ogień, żeby weszli w to tak na serio. Więc postanowiłam działać. Pomyślałam, że nie wystarczy planować, że „będziemy organizować wyprawy”, że trzeba ten pierwszy wyjazd zorganizować tu i teraz, żeby chłopaki zobaczyli na własne oczy, że to się dzieje. Ogłosiłam w Internecie ofertę trekkingu w Gruzji, który wyceniłam na jakieś 10% realnej wartości takiej wyprawy. Resztę dopłaciłam z ostatnich prywatnych oszczędności. Bez mówienia o tym wspólnikom. Dla mnie wtedy najważniejsze było, żeby szybko zebrała się grupa, która przyjedzie „na już”, i żeby Nika i Jaba mogli zobaczyć, że mamy gości, mamy wyprawę, że to nie jest tylko gadanie. No i jasne, pod względem biznesowym to był totalny strzał w kolano – ta wyprawa finansowo się nie spięła wcale. Ja ją po prostu ufundowałam tym ludziom. Ale strategicznie? To był strzał w dziesiątkę. Chłopaki zobaczyli, że ja nie tylko roztaczam wizję, ale naprawdę działam. Że swoją część roboty dowożę. Dosłownie i w przenośni, bo przywiozłam nam pierwszą grupę klientów. Jestem przekonana, że nawet uczestnicy tej wyprawy nie byli świadomi całej tej akcji, pewnie myśleli po prostu, że Gruzja jest taka tania.
Piękna historia!
Później wszystko potoczyło się już bardzo szybko. Mieliśmy też sporo szczęścia, bo otworzyliśmy agencję dokładnie w momencie, kiedy Gruzja zaczęła bardzo dynamicznie rozwijać się turystycznie i robiło się o niej coraz głośniej, szczególnie w Polsce. I tak ja – Polka mieszkająca w gruzińskich górach – okazałam się trochę przypadkiem idealnym produktem na potrzeby tamtej chwili. Zaczęły pojawiać się kolejne grupy, a my złapaliśmy rozpęd. W maju 2016 roku otworzyliśmy nasze stacjonarne biuro w Kazbegi, tuż u stóp Kazbeku, które do dziś jest sercem naszej firmy i które co roku obsługuje ponad 15 tysięcy turystów z całego świata. Wkrótce nie organizowaliśmy już wypraw tylko w Gruzji, ale też w sąsiednich krajach – Armenii, Azerbejdżanie, w rosyjskiej części Kaukazu – na Elbrusie. Od 2021 roku organizujemy wyprawy na całym świecie, a nasza agencyjna flaga wisiała już na szczytach 6 kontynentów, brakuje nam na ten moment tylko Antarktydy.
Obchodziliście niedawno 10-lecie Mountain Freaks. Jak wygląda prowadzenie działalności turystycznej w Gruzji z perspektywy kobiety? (TBC)
Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak smakowało moje pierwsze chaczapuri, jak niewygodnie było w busiku z Tbilisi do Kazbegi, kiedy jechałam tu po raz pierwszy i ten moment, kiedy zobaczyłam pierwszy raz Kazbek wyłaniający się zza chmur. A minęło od tego momentu ponad 10 lat! Dziś jestem bardzo szczęśliwa i bardzo dumna z siebie. Ale też – nie ukrywam – bardzo zmęczona, bo ten sukces, który osiągnęłam kosztował mnie naprawdę dużo. Kiedy zaczynaliśmy, nikt nie wierzył, że to ma sens. Ani bliscy, ani znajomi. Wielu ludzi, słysząc o moim pomyśle, myślało, że oszalałam. Bo kto o zdrowych zmysłach rzuca wygodne życie w Polsce, by zakładać biznes na końcu świata, w kraju, który w tamtym czasie był postrzegany jako „dziki” i o którym niewielu wtedy jeszcze słyszało? Na początku było nas troje: ja, Jaba i Nika – moi wspólnicy. Dziś pracuję już tylko z Niką, bo Jaba skupił się na swoich innych projektach. To oni byli, a właściwie wciąż są, moją przepustką do gruzińskiego świata, także tego biznesowego. W Gruzji kobieta, a już na pewno kobieta z innego kraju, nie wchodzi po prostu do towarzystwa. Musi być ktoś, kto ją wprowadzi, przedstawi wszystkim, poświadczy za nią. Ja miałam ogromne szczęście – moi wspólnicy są w Gruzji bardzo szanowani, lubiani, znani jako świetni przewodnicy i ratownicy górscy. Otworzyli mi drzwi. A ja musiałam już „tylko” przez nie przejść, robić dobrą robotę dla naszych gości i nie przynieść wstydu chłopakom. Mogę powiedzieć, że wypracowałam dla siebie w Gruzji takie miejsce, w którym mogę wszystko i nic nie muszę. Korzystam z przywilejów, które kobieta może tu mieć, ale umiem też zgrabnie odrzucać próby narzucania mi jakichkolwiek ograniczeń.
Czasami sobie żartuję, że ja w Gruzji nie do końca jestem postrzegana jako kobieta – przynajmniej w tym klasycznym modelu: żony, matki, opiekunki domowego ogniska. Ja tu pracuję, prowadzę biznes, razem z mężczyznami-przewodnikami prowadzę ludzi przez góry. I właśnie dlatego wiele społecznych ograniczeń, które spotykają Gruzinki, mnie po prostu nie dotyczy. Ale nie chcę, żeby zabrzmiało, że tylko w Gruzji rola kobiety jest postrzegana stereotypowo. Bo w Polsce też wielokrotnie byłam oceniana przez pryzmat płci, niejeden raz usłyszałam: „co ty możesz wiedzieć o górach dziewczynko?” i doświadczyłam prób dyskredytowania mnie przez mężczyzn z branży – tylko dlatego, że nie wpisuję się w obraz „patriarchalnego eksperta od gór”. Niestety, nasze środowisko górskie w Polsce też wciąż jest mocno zamknięte i konserwatywne.
A jakie były najlepsze momenty w tych latach?
Każda wyprawa jest inna, bo w każdej uczestniczą inni ludzie i to oni nadają jej charakter, emocje, barwę. Można iść dokładnie tą samą drogą, stąpać po tych samych kamieniach, ale energia uczestników i ich historie są za każdym razem zupełnie inne. To sprawia, że każda wyprawa to nowa przygoda i każda z nich jest najlepsza. Dlatego też ta praca nigdy mi się nie znudzi. Ona wciąż mnie zachwyca, wciąż mnie zaskakuje i ciągle stawia nowe wyzwania. Jeśli chodzi o takie symboliczne momenty w mojej pracy, to oczywiście odebranie nagrody dla najlepszego biura podróży w Gruzji było ogromnym przeżyciem. A właściwie nie jednej nagrody, tylko trzech – w 2019, 2020 i 2021 roku, trzy razy z rzędu. To był konkurs organizowany m.in. przez gruzińskie Ministerstwo Turystyki i to wyróżnienie dało mi poczucie, że naprawdę robimy coś ważnego – nie tylko dla siebie, ale też dla lokalnej społeczności i całej branży turystyki w Gruzji. Pamiętasz, jak na początku swojej drogi powiedziałam, że chcę stworzyć najlepszą agencję górską w Gruzji? Te wyróżnienia były takimi potwierdzeniami dla mnie, że się to udało. Ale ponieważ mam w sobie dużo chęci rywalizacji, to dla mnie to był nie tylko moment świętowania, ale też otwarcie nowego rozdziału. Bo skoro jesteśmy najlepsi w Gruzji, to teraz chcę móc powiedzieć, że jesteśmy najlepszą agencją górską na świecie, więc dalej ciężko pracuję i nie osiadam na laurach. Ważnym momentem była też nasza pierwsza zorganizowana wyprawa w Himalajach – na Mera Peak 6476 m, czyli najwyższy trekkingowy szczyt Nepalu. To był ogromny krok, nie tylko logistycznie, ale też mentalnie. Symboliczne przekroczenie kolejnej granicy. Zaczęliśmy w malutkiej Gruzji, a teraz działamy globalnie i organizujemy wyprawy w najwyższych górach świata! W styczniu tego roku poprowadziliśmy wyprawę na Aconcaguę 6962 m – najwyższy szczyt obu Ameryk, jeden ze szczytów Korony Ziemi. To była bardzo trudna wyprawa i kolejne przesunięcie granicy dla nas. Kolejne lekcje. Kolejne dowody na to, że naprawdę możemy wszystko, jeśli działamy mądrze, cierpliwie i zespołowo. Dziś mam przed oczami kolejny cel – zorganizowanie wyprawy na ośmiotysięcznik. Oczywiście – jeśli będzie mi dane, jeśli okoliczności wyprawy tak się ułożą, to chcę stanąć na szczycie, ale największym celem i moim największym marzeniem zawodowym jest wprowadzenie tam uczestników mojej wyprawy. Osoby, które szykują się na tę wyprawę, to nasi „górscy wychowankowie”. To ludzie, którzy zaczynali z nami od zera, od pierwszych trekkingów na 3000 m, przez pięcio- i sześciotysięczniki, przez coraz trudniejsze szczyty. Chociaż często są ode mnie starsi, to są to takie moje górskie dzieci. I zobaczenie ich szczęśliwych na najwyższym szczycie świata będzie dla mnie najpiękniejszym podsumowaniem kolejnego etapu.
Trzymam mocno kciuki!
Bardzo chciałam, żeby ta wyprawa na Everest odbyła się właśnie na dziesięciolecie naszej działalności. Ale niestety, nie udało się. Nasza praca – choć z zewnątrz wygląda czasem jak niekończące się wakacje – ma też swoją ciemną stronę. To ogromne zmęczenie, a czasem wręcz wymęczenie. Ostatnie dziesięć lat to był intensywny czas, ale szczególnie ostatnie trzy lata były dla nas jak jedną niekończąca się wyprawą. W zasadzie ani ja, ani mój wspólnik, prawie nie bywaliśmy w domach. Przenosiliśmy się z jednej wyprawy na drugą. W zeszłym roku poprowadziłam 27 wypraw, z czego trzy trwały przez miesiąc każda. I to miało swoje konsekwencje – na początku tego roku pojawiły się u mnie poważne problemy zdrowotne, które sprawiły, że musieliśmy odłożyć najbardziej wymagające plany. Teraz skupiamy się na bieżącej działalności agencji, na „core’owych” wyprawach, które mamy na stałe w kalendarzu, a jest ich naprawdę dużo. Muszę dać sobie czas na regenerację. Everest nie wydarzy się na dziesięciolecie. Ale wierzę, że wydarzy się na dwunastolecie. A jak nie, to na trzynastolecie. W tym roku, symbolicznie, zamiast bić kolejne rekordy w górach, pozwoliłam sobie zwolnić tempo. I może właśnie to jest moim największym zawodowym wyzwaniem. To będzie pierwszy rok w historii Mountain Freaks, w którym nie zrealizujemy wyprawy trudniejszej niż rok wcześniej. Na początku bardzo mnie to bolało. Czułam ogromne rozczarowanie sobą, że przecież już miało być tylko więcej i dalej. Ale ostatecznie przyszło chyba coś ważniejszego niż kolejny zdobyty szczyt – taka głęboka świadomość, że już nic nie muszę sobie udowadniać. A Everest poczeka, bo góry mają to do siebie, że nigdzie nie uciekają i spokojnie czekają w miejscu na naszą gotowość, aby się z nimi spotkać.
A co jest twoją pasją poza górami? Coś, czego nie wszyscy o tobie wiedzą?
Tu mogę Was zaskoczyć i nie wiem, która z tych pasji zdziwi Was bardziej. Po pierwsze – polityka. I to nie jest tak, że czasem coś tam przeczytam w Internecie. Ja się naprawdę tym jaram. Śledzę newsy z Polski i ze świata na bieżąco, emocjonuję się każdymi wyborami, mam swoich politycznych faworytów, uwielbiam przerzucać się argumentami w politycznych dyskusjach. Już w liceum ciągnęło mnie w tę stronę, bo chodziłam do klasy o profilu politologicznym. I to mi zostało do dziś. Ja siebie widzę w roli premiera Polski, ale… na razie mam jeszcze dużo do zrobienia w górach! A w chwilach wolnych od gór i od polityki rozkładam Karty Tarota. Moja prababcia była jasnowidzką i mówi się w rodzinie, że po niej odziedziczyłam „magiczne talenty”. Zdarza się, że kiedy podczas wyprawy mamy wolny wieczór, bo np. czekamy na lepszą pogodę w bazie, to wyciągam karty i robię czytania z kart dla chętnych uczestników. Jedno jest pewne – pozwala to wszystkim się zrelaksować i zdystansować do bieżących wyprawowych wyzwań. Na koniec dodam jeszcze, że ta moja wyostrzona intuicja naprawdę się przydaje podczas prowadzenia wypraw. I może to przypadek, a może po prostu duże doświadczenie, ale to ja wybieram zawsze dzień na atak szczytowy, bo jakoś tak… zawsze „trafiam” najlepiej i wybieram ten jeden jedyny słoneczny dzień, nawet wtedy, kiedy od dwóch tygodni codziennie sypie śnieg w okolicy, a prognozy nie dają żadnych szans na dobrą pogodę.
Jakie według ciebie są 3 najlepsze rady dla dziewczyn, które zaczynają swoją górską przygodę? Co byś powiedziała młodszej sobie, która dopiero zaczynała swoją przygodę z górami?
Przede wszystkim – nie bój się zacząć! Wiele dziewczyn marzy o tym, aby spróbować gór wysokich, ale czują blokadę jeszcze zanim w ogóle zrobią pierwszy krok na szlaku. Już sama decyzja o dołączeniu do wyprawy jest dla nich często ogromnym stresem. Boją się, że fizycznie nie dadzą rady, że nie ogarną sprzętu, że pojadą same i będą się czuły samotne. I ja te obawy rozumiem, ale zapewniam, że nie trzeba być superbohaterką, żeby zacząć, a jednocześnie obiecuję Wam, że siła, którą poczujecie, stojąc na wymarzonym szczycie, zostanie z Wami na dłużej i będzie Was pchała do przodu także potem, w nizinnym życiu. Zauważyłam ciekawą różnicę: faceci często zapisują się na wyprawy impulsywnie – po prostu wpadnie im do głowy pomysł i już są zapisani na wyprawę. A dziewczyny nawet przy tych wyprawach dla początkujących analizują wszystko od A do Z, zastanawiają się, czy to na pewno dla nich, czy nie będą przeszkadzać innym, czy nie będą za słabe. I właśnie dlatego do dziewczyn chcę powiedzieć: zacznijcie! Po prostu zapiszcie się na swoją pierwszą wyprawę wysokogórską! Nie czekajcie, aż będziecie „gotowe na 100%”. Gotowość przyjdzie w trakcie przygotowań do wyjazdu. Góry wysokie nie są o byciu najszybszą czy najsilniejszą, tu dużo ważniejsza jest wytrzymałość psychiczna, samodyscyplina i umiejętność planowania, a potem ogarniania wielu rzeczy na raz, a w tym wszystkim my, kobiety, jesteśmy naprawdę bardzo dobre z natury. A żeby zachęcić Was jeszcze bardziej, to dodam, że na większości wypraw, które organizuję, jest więcej kobiet niż mężczyzn. Dziewczyny świetnie sobie radzą, wspierają się nawzajem, a często z tych wyprawowych znajomości rodzą się przyjaźnie na lata.
Po drugie – ucz się! Góry wysokie są piękne, ale są też bardzo niebezpieczne. Tu nie ma znaczenia, czy jesteś w nich sama, z koleżanką, z mężem, z agencją górską, z przewodnikiem, w grupie większej czy mniejszej. Ostatecznie i tak najważniejsze jest to, żebyś Ty sama wiedziała jak najwięcej i umiała sobie poradzić w kryzysowych sytuacjach. W górach wysokich nie możemy opierać się tylko na organizatorze, przewodniku czy znajomych. Gwarantem naszego bezpieczeństwa w górach jesteśmy dla siebie my same. Więc naprawdę warto się szkolić, robić kursy turystyki zimowej, kursy lawinowe, kursy pierwszej pomocy, wybierać organizatorów wypraw, którzy w okresie przygotowań do wyjazdów i w ich trakcie przekazują dużo wiedzy, a nie tylko „odhaczają kolejne punkty programu, który trzeba zrealizować”. Warto robić dobry research przed wyprawą, warto skonsultować się przed wyjazdem z trenerem, dietetykiem, lekarzem, przegadać kwestie sprzętowe i ubraniowe z kimś bardziej doświadczonym. Warto dowiedzieć się jak najwięcej o procesie aklimatyzacji, żeby wiedzieć, jak będzie zachowywać się nasze ciało na wysokościach i być na to gotową. Bo im więcej wiesz, im więcej rozumiesz, tym mniej się boisz, tym bardziej jesteś spokojna i pewna siebie, a co za tym idzie – tym wyżej zajdziesz.
Po trzecie, czerp radość z wyprawy, kiedy na niej jesteś! Mam wrażenie, że wiele osób zbyt mocno skupia się na celu. Myślą tylko o tym, że muszą wejść na szczyt, że jeśli nie wejdą, to cała wyprawa nie ma sensu i jest totalną porażką. Umyka im to, co w górach najfajniejsze – cała droga na szczyt. Bo, jeszcze raz to podkreślam, wyprawa górska to nie jest tylko te 5 minut na szczycie, a czasem nawet nie 5 minut, bo bywa, że na szczycie spędzamy kilkadziesiąt sekund, kiedy pogoda jest kiepska i trzeba szybko wracać do bazy. To są te miesiące przygotowań. Planowanie, trenowanie, kompletowanie sprzętu, wszystkie emocje w trakcie wyprawy, wieczory w namiotach, kiedy leżymy w śpiworach i ogrzewamy się termoforami z butelek. Wschody słońca, które często oglądamy w trakcie ataków szczytowych, idąc przez lodowiec związani z towarzyszami liną. Popołudnia spędzane w bazie na gotowaniu wody (wyprawa górska to w 80% gotowanie wody!). To momenty, kiedy uczysz się czegoś nowego, kiedy wychodzisz ze swojej strefy komfortu. To są ludzie, których poznajesz – rozmowy, śmiechy, nierzadko łzy. To wszystko składa się na wyprawę i warto celebrować te chwile. Naprawdę się zatrzymać. Poczuć to wszystko. Zostawić telefon. Nie relacjonować każdej minuty wyprawy na social mediach. I jasne, zdobycie szczytu jest głównym celem wyprawy, wisienką na torcie, ale pamiętajcie, że tort sam w sobie też jest pyszny!
Dzięki za rozmowę, Ewa!
Ewa Stachura – współzałożycielka i liderka agencji górskiej Mountain Freaks. Z wykształcenia prawniczka i menadżerka, od 10 lat zawodowo spełnia górskie marzenia, organizując i prowadząc wyprawy na najwyższe szczyty świata. Kiedy nie jest w górach, czyta kryminały w wannie, słucha Iron Maiden, stawia karty Tarota i planuje jak zostać premierem. Mówi, że nie ma rzeczy niemożliwych i z takim podejściem realizuje swoje plany oraz prowadzi innych przez góry.
Rozmawiała: Magdalena Bryś
Fotografia: archiwum prywatne Ewy Stachury
