Znana jako „Mama na szczycie”, od lat łączy życie rodzinne z pasją do gór i długodystansowych szlaków, pokazując, że można spełniać swoje górskie i podróżnicze marzenia.  Jest też trenerką i wspiera kobiety w aktywności fizycznej, udowadniając, że sport może być pasją i źródłem siły, nawet przy codziennych obowiązkach. Rozmowa z Anitą Krzemińską.


 

Zacznijmy od samego początku. Jak zaczęła się twoja przygoda z górami?

Jako dziecko i nastolatka trenowałam lekkoatletykę, a dokładnej „siedmiobój lekkoatletyczny”. Obozy sportowe – nie było to typowe zwiedzanie i chodzenie, tylko po prostu bieganie po górskich szlakach. Początkowo góry kojarzyły mi się z morderczym wysiłkiem. Trochę byłam obrażona, nie miałam w sobie radości związanej z samym przebywaniem w górach – od razu myślałam: „Ooo… to będzie ciężkie”. Z czasem pojawiły się etapy, kiedy zaczęłam się wspinać, trochę startowałam w zawodach i wtedy w mojej głowie zaczęły rodzić się inne myśli: może góry to coś więcej, może nawet jakieś szczyty. Później chodziłam po górach z koleżankami, tak jak każdy czasem jeździ ze znajomymi. Chyba przełomowym momentem był wyjazd w Himalaje, wtedy wiedziałam, że muszę się dobrze przygotować. Nawet wakacje z rodziną w Toskanii, dwa–trzy miesiące wcześniej, traktowałam treningowo. Odkryłam tam szlaki trekkingowe i na kempingu, gdzie mieszkaliśmy, znalazłam kilkanaście tras – dłuższych i krótszych pętli do pieszych wędrówek. Wstawałam o piątej rano i wychodziłam w góry, wracając około jedenastej–dwunastej. Robiłam w tym czasie 15-20 kilometrów, podczas gdy moja rodzina dopiero wstawała. Do plecaka ładowałam butelki z wodą, żeby mieć dodatkowe obciążenie i w ten sposób przygotowywałam się do większych wyzwań. Z perspektywy mentalnej byłkonkretny cel i termin realizacji, więc motywowało mnie to do działania. Nawet na nizinach, takich jak Mazowsze, najbliższe góry to Góry Świętokrzyskie i tam często jeździłam w niedziele pobiegać.

Dobre przygotowanie przed Himalajami!

Ten wyjazd w Himalaje był możliwy w dużej mierze dzięki mężowi mojej przyjaciółki. Kiedyś siedziałyśmy i rozmawiałyśmy o tym, że marzeniem byłoby pojechać w Himalaje, ale ja mam małe dzieci, a ona jeszcze mniejsze. Wspomniałam wtedy, że mój brat zapisał się na wyprawę w Himalaje z okazji setnej rocznicy odzyskania niepodległości w ramach wyprawy Polskich Himalajów – był to rok 2018. Wtedy mąż mojej koleżanki zasugerował, że może są jeszcze wolne miejsca. Początkowo pomyślałam, że to niemożliwe, bo zapisy odbywały się dwa lata wcześniej i wymagały doświadczenia w górach. A on po prostu otworzył laptopa i napisał maila do organizatorów.  Znalazły się wolne miejsca i pojechałyśmy. Wtedy, siedząc w górach i przygotowując się do wyprawy, wymyśliłyśmy nazwę „Mama na szczycie”. Do tej pory wydawało się, że matka Polka siedzi w domu. Pomyślałam wtedy, że chciałabym pokazać, że mamy też mogą mieć pasje i wciąż być szczęśliwymi mamami.

Czy to było twoje pierwsze zetknięcie ze szlakami długodystansowymi?

Na początku, kiedy zaczynałam się wspinać, w mojej głowie chodziło głównie o szczyty – po prostu, żeby się wspinać. Szykowałam się wtedy na Kazbek. Miałam już wykupionego przewodnika , ale niestety pojawiła się pandemia. Początkowo miałyśmy jechać we trzy – moja koleżanka, bratowa i ja – ale wyprawę odwołano. Siedziałyśmy więc i zastanawiałyśmy się, co możemy zrobić, skoro praktycznie nigdzie nie można było wyjechać. Wtedy wymyśliłyśmy, że pójdziemy same i zrobimy szlak, Tour du Mont Blanc. Nie miałam wówczas doświadczenia ze szlakami długodystansowymi. Co innego iść do schroniska, wędrować z jednego schroniska do drugiego, a co innego pokonywać długie trasy samodzielnie. To było zupełnie inne doświadczenie niż zwykłe wędrówki. Spakowałyśmy się i wkrótce okazało się, że nasze plecaki są bardzo ciężkie. Pierwszego dnia myślałyśmy, by zjeść wszystko, co ze sobą zabrałyśmy – wyjazd miał charakter budżetowy, a my zabrałyśmy dużo jedzenia z Polski. Jednocześnie po drodze serwowane jedzenie było tak smaczne – bagietki, spaghetti, pizza – że prawie żałowałyśmy, iż tyle jedzenia wzięłyśmy ze sobą. W schroniskach obowiązywały dodatkowe ograniczenia: nie wolno było wchodzić na taras bez maseczki oraz zaświadczenia o szczepieniach. Dopiero gdy wyszła do nas osoba i sprawdziła, czy wszystko jest w porządku, można było wejść. Było to zaskakujące – znajdując się na wysokości 2200 m, trzeba było czekać przed wejściem.

Aż trudno uwierzyć, jak ten szlak wyglądał w trakcie tego roku pandemii. Czy stał się dla ciebie początkiem przygody z długimi i kilkudniowymi trasami?

Spodobało mi się wtedy obcowanie z naturą. Mogłam podziwiać zachód i wschód słońca z perspektywy namiotu, bez konieczności wstawania w środku nocy i zmierzania do szczytu. Wystarczyło wyjść z namiotu i wypić kawę, co od tamtej pory stało się dla mnie jedną z największych przyjemności długodystansowych wędrówek.

Czy masz już swój ulubiony szlak?

Pewnie będzie to ten w Gruzji. Rok później wróciłyśmy jednak na Kazbek. Wtedy uświadomiłam sobie, że to nie sama wspinaczka na szczyt jest najważniejsza, lecz sama droga. Ponieważ miałyśmy zaplanowane wejście na Kazbek, postanowiłam wcześniej przejść trekking z Mestii do Ushguli – najwyżej położonej wioski w Europie.  Było to wspaniałe doświadczenie: sporadycznie spotykałyśmy innych turystów, częściej natrafiałyśmy na pasące się krowy czy pasterzy. Wędrowanie tymi zielonymi łąkami pozostawiło we mnie niezatarte wrażenie. Zapach ziół i kwiatów pamiętam do dziś. Podobnie jak w Alpach, idąc zielonymi wzgórzami, na pierwszym planie widziało się lodowce.

W mediach społecznościowych pokazujesz góry i szlaki, dlatego nie wszyscy wiedzą, ale jesteś trenerką personalną. Czy prowadzisz też zajęcia grupowe, czy raczej skupiasz się wyłącznie na treningach indywidualnych?

Prowadzę zarówno treningi personalne, jak i zajęcia grupowe, jak pilates, zdrowy kręgosłup, ale też zajęcia bardziej dynamiczne, a moim ostatnim odkryciem i wielką pasją jest joga w chustach. Zakochałam się w tym rodzaju aktywności od pierwszych zajęć. To nie tylko świetny trening, ale też możliwość wyciszenia się i relaksu. Ćwiczę z osobami w różnym wieku i o różnej kondycji. Często polecam im góry, szlaki, jak na przykład ten w Szkocji, West Highland Way, właśnie dlatego, że daje dużą elastyczność. Można iść z namiotem, można zatrzymywać się w hostelach, ale też w komfortowych hotelach czy domkach z jacuzzi i sauną. Co więcej, nawet jeśli ktoś nie ma siły dźwigać ciężkiego plecaka, są firmy, które przewożą bagaż między punktami. To duże ułatwienie. Dlatego, mimo że miejscami jest tam sporo turystów, uważam ten szlak za świetny wybór dla osób, które chciałyby spróbować długodystansowych tras.

Czy prowadzisz też treningi biegowe?

Razem z Kingą – moją koleżanką, z którą organizujemy wyjazdy „Odetchnij na szczycie” – mamy taką misję, żeby zachęcać kobiety do aktywności fizycznej. Chcemy przełamywać przekonanie, że bieganie to nie od razu kilometry i godziny spędzone na trasie. Często ktoś mówi: „Nie mam czasu, żeby biegać po 10 km, a mniej to się nie opłaca”. A my pokazujemy, że na początku wystarczą marszobiegi. Dziewczyny, które do nas dołączają, przekonują się, że w grupie jest łatwiej – samej ciężko się zmobilizować, a u nas wystarczy raz w tygodniu. Mimo że istnieją takie inicjatywy, jak Parkrun, gdzie można biec albo przejść, to osoby, które dopiero zaczynają, często wstydzą się przyjść same. Dlatego robimy to razem. Największą frajdą była nasza „nieoficjalna impreza biegowa z okazji Dnia Mamy”. Zaprosiłyśmy znajome kobiety do udziału i każda mogła kogoś przyprowadzić. Przyszła moja córka, dziewczyny z mężami, ktoś przyprowadził znajomych… i nagle zebrało się ponad 20 osób. Zrobiliśmy marszobieg, a na mecie zamiast medali – ciasto od zaprzyjaźnionej cukierni. Potem wspólna kawa, rozmowy, cudowna atmosfera.

Teraz staramy się spotykać regularnie. I widzę, jak te kobiety się zmieniają – te, które na początku przychodziły tylko na marszobiegi, ostatnio udało mi się namówić na Parkrun. Co najlepsze, gdy ja raz nie mogłam, one i tak poszły same, a potem przysłały mi zdjęcia, że już drugi raz pobiegły. To naprawdę wzmacnia! Ważne jest też poczucie komfortu. Wiele dziewczyn stresuje się, że mają dodatkowe kilogramy, że będą dyszeć, że inni na nie popatrzą. Często słyszę: „Najpierw muszę schudnąć, kupić odpowiednie ubrania, dopiero wtedy przyjdę na trening”. A my chcemy pokazywać, że nie trzeba czekać – można zacząć tu i teraz. Bo w głowie mamy mnóstwo hamulców, które tak naprawdę są niepotrzebne. Opowiem też jeszcze jedną historię. Pamiętam jedną dziewczynę – przyszła do mnie bardzo nieśmiało, umówiłyśmy się na pierwszy trening personalny. Kiedy szłyśmy przez recepcję w stronę siłowni, ona całą drogę patrzyła w podłogę. Rozmawiałyśmy, ale nie podniosła wzroku ani na moment. Widziałam, jak bardzo się stresuje. Powiedziałam jej wtedy: „Nie myśl, że wszyscy na Ciebie patrzą. Spójrz, wybierz jedną osobę, która zauważyła, że weszłyśmy”. Rozejrzała się – a tam każdy zajęty sobą: ktoś na bieżni, ktoś ze słuchawkami, ktoś zapatrzony w telewizor. Nikt na nas nie zwrócił uwagi. I to ją przełamało. Ćwiczymy razem już trzy lata i ona sama mi ostatnio przypomniała tę sytuację, mówiąc, że wtedy poczuła ogromną ulgę – że nikt jej nie ocenia. Takie momenty naprawdę wzruszają. Bo my, dziewczyny, mamy to w głowie – za dużo analizujemy, wyobrażamy sobie krytyczne spojrzenia, a tak naprawdę każdy zajmuje się sobą. Dlatego tak ważne jest podejście trenera.

Piękna historia i twoje podejście do sportu oraz prowadzenia treningów.

Zawsze powtarzam: moje zajęcia niekoniecznie muszą się każdemu spodobać. Trzeba znaleźć coś dla siebie. Jeśli komuś nie odpowiada atmosfera na siłowni, muzyka, albo nawet to, że akurat słońce świeci mu prosto w oczy – to po co się męczyć? Lepiej pójść na zajęcia, które będą sprawiać radość. Może to być taniec, pilates, kickboxing czy boks, naprawdę jest w czym wybierać. Dlatego zachęcam, żeby próbować. Nawet jeśli nie wiesz, co oznacza tajemnicza nazwa zajęć, to po prostu idź i sprawdź. Bo to nie tylko forma ruchu się liczy, ale też instruktor – jego głos, osobowość. Ja wychodzę z założenia, że kiedy ktoś przychodzi do mnie, to ja jestem gospodarzem. Ma się dobrze bawić, czuć swobodnie. Tak samo z górami – dla mnie to nie tylko wysiłek, ale też atmosfera, wspomnienia, emocje. Nawet jak człowiek się zmęczy, to i tak pamięta te dobre chwile.

A jak udaje ci się to wszystko łączyć – życie rodzinne, pracę i podróże? W mediach społecznościowych czasami wygląda tak, jakbyś była ciągle w górach.

Szczerze? Nie udaje się (śmiech). Zawsze żartuję, że kiedy jestem w domu, to tęsknię za górami, a gdy jestem w górach, to tęsknię za rodziną. Nie znalazłam jeszcze złotego środka. Natomiast uwielbiam sam etap planowania. Zamawiam mapy, zaznaczam punkty, wyszukuję vlogi i czytam relacje. Bardzo lubię pisać do osób, które już były na danym szlaku, bez względu na język  i dopytywać o szczegóły. To zawsze daje świetne wskazówki.

Twoje córki – czy one też podzielają twoją pasję do aktywności i przygód?

Tak, starsza córka gra w siatkówkę, a młodsza uczy się w liceum sportowym. Kiedy dziewczynki były młodsze, miały taki czas, że chciały bardzo chodzić w górach – tak jak mama od schroniska do schroniska. Przygotowałam im więc pierwszą trzydniową wyrypę w Gorce.  Miały wtedy 6 i 8 lat. Aby dziewczynkom było raźniej, wymyślałam różne zabawy, podsuwałam żelki, a po drodze udało nam się jeszcze wypatrzyć krokusy. Pamiętam, jak mówiły: „Jak w szkole opowiemy, że w górach można jeść tyle słodyczy, każdy będzie chciał jechać w góry!” Drugi dzień to był Turbacz, w trzeci wreszcie wyszło słońce i całe szczęście, bo wcześniej szłyśmy w strugach deszczu. Naprawdę niezła przeprawa, a kto chodzi po Beskidach, ten wie, że jak tam leje, to potrafi zamienić szlak w rwący potok. Potem jeszcze wiele razy spędzałyśmy w Bieszczadach, Karkonoszach, tylko Tatry nam były nie po drodze przez tłumy na szlaku.

A jak sama zaczęłaś chodzić w góry? Bo wiele szlaków długodystansowych robiłaś sama.

Czasami w górach zdarza się, że człowiek zostaje sam i trzeba sobie jakoś poradzić. Pamiętam, jak mój mąż mówił: „Masz zarezerwowane miejsce w schronisku, idź!” – a ja wciąż się zastanawiałam. Na początku wybierałam łatwe trasy, po których chodziło dużo ludzi, żeby czuć się bezpiecznie. Małymi krokami, powoli – i tak uczyłam się wszystkiego. Nasze wyjazdy „Odetchnij Na Szczycie” dla kobiet powstały też dlatego, że nie każda mama ma wokół siebie osoby, które dzielą pasję do gór. Przez Internet poznałam wiele takich kobiet i organizujemy wspólne wyprawy. Umawiamy się według prognozy pogody, wschodu słońca, wybieramy miejsca, które są bezpieczne i przyjazne. To też świetna alternatywa dla osób, które nie mają wiedzy albo nie mają z kim wyruszyć. Czasem wystarczy dołączyć do grupy i już można ruszyć w góry. Moje pierwsze nocowanie było na podwórku, żeby sprawdzić, czy mój śpiwór i namiot wytrzymają. Kolejne noce spędzałam 300 metrów dalej, w lesie, na tyle blisko domu, żeby czuć się bezpiecznie. Każdy mały krok uczy wszystkiego: wytrzymałości namiotu, śpiwora, planowania jedzenia, radzenia sobie z pogodą. To jest też świetna lekcja dla mam, jak znaleźć czas na aktywność dla siebie, nawet w natłoku obowiązków. Sama pamiętam, jak w czasie zajęć moich dzieci wybierałam chwilę, żeby pobiegać po parku, zamiast siedzieć i scrollować telefon. Czasem wystarczy wykorzystać te małe momenty – dla zdrowia, dla przyjemności, dla poczucia sprawczości.

A jak przygotowujesz się do wypraw i szlaków górskich?

Mam rodzinę i dużo czasu spędzam w aucie, dowożąc dziewczynki na zajęcia dodatkowe, odbieram je o różnych godzinach, a jeszcze muszę zmieścić swoje treningi. To naprawdę trudne, żeby znaleźć czas na wyjazdy w góry. Dlatego wymyśliłam sobie własny sposób – zresztą pewnie wiele osób wpadło na coś podobnego, szczególnie w czasie pandemii, kiedy zamknęli siłownie i lasy też były niedostępne. Pamiętam, że często chodziłam po Tatrach, po 35 km dziennie i kolana dostawały w kość – materiał się zużywa. Aż któregoś dnia przeczytałam artykuł, że żeby wejść na Everest, trzeba pokonać 59 070 stopni przewyższenia. Pomyślałam: „Na Everest nie wejdę, ale może zrobię to na swoich schodach?”. Tak zaczęłam. Mam sporo schodów w domu, więc zamiast liczyć każdy stopień (bo bym zwariowała), obliczyłam, ile w minutę pokonuję stopni do góry – wyszło ok. 45. Potem już tylko włączałam podcasty albo audiobooki i chodziłam – czasami 10 minut, czasami półtorej godziny, zależnie od dnia.

Po miesiącu „weszłam” na Everest. Mój mąż zrobił mi wtedy na podwórku małą niespodziankę – rozstawił namiot i powiesił flagi z Himalajów. Wtedy jeszcze pomyślałam, jak się weszło, to trzeba jeszcze zejść! Więc przez kolejny miesiąc dalej chodziłam po tych schodach, w górę i w dół. To wcale nie było aż tak wielkie wyzwanie – zwykle wystarczało 15–30 minut dziennie, rzadko kiedy dłużej.  Jednak dało ogromną satysfakcję i sprawiło, że miałam poczucie prawdziwej górskiej przygody, nawet w czterech ścianach.

Teraz przed każdą wyprawą staram się wzmacniać ciało. Na siłowni często ćwiczę na schodach, a kiedy mam więcej czasu, zakładam plecak, wrzucam wodę albo hantelki i po prostu chodzę po schodach w domu, słuchając czegoś w tle. Różnica jest ogromna – to nie kręgosłup, ale kolana dostają najbardziej. Dlatego zawsze podkreślam, że trzeba je wzmacniać przed górami. To niby proste, a bardzo ważne.

Powiedz, jakie są twoje kolejne plany trekkingowe?

Ostatnio weszłam na Mont Blanc. Była to piękna przygoda, ale kiedy już stałam na szczycie i napisałam do męża przez lokalizator: „Jestem na szczycie!”, poczułam, że jednak długie wędrówki dają mi większą radość. To doświadczenie było wyjątkowe, ale drugi raz? Chyba nie. Bo dla mnie najpiękniejsze są góry oglądane podczas wędrówki, ta droga jest najpiękniejsza. Owszem, cudownie było z Mont Blanc widzieć w oddali kolejne szczyty, ale jeszcze piękniej jest nocować gdzieś z widokiem na tę górę i podziwiać ją z dystansu. Dlatego coraz bardziej ciągnie mnie do długich wędrówek. Lista szlaków tylko rośnie. Zapisuję je jak człowiek-pinezka. Ciągle coś podglądam, klikam, szukam informacji. Na przykład w Pirenejach zrobiłam swoją trasę: trochę HRP, trochę GR11, trochę GR10 – taki własny miks. Bardzo bym chciała kiedyś mieć czas, żeby przejść całość. Wiem, że to możliwe. Na razie szukam krótszych tras, które można zrobić w trakcie kilkunastu dni urlopu. Pamiętam, że siedziałam kiedyś w schronisku w Pirenejach i przeglądałam francuską gazetę. Nagle znalazłam artykuł o szlaku wokół Andory. Od razu zrobiłam zdjęcia, przetłumaczyłam i dopisałam go do swojej listy. I tak jest zawsze – zamiast lista się skracać, to tylko rośnie.

Muszę przyznać, że masz wspaniałe plany!

Chciałabym też powiedzieć innym mamom jedno: nie trzeba rezygnować z aktywności i gór, nawet jeśli wydaje się, że nie ma się czasu. Pamiętam, jak zawoziłam moje dzieci na zajęcia – trwały półtorej godziny. Inne mamy siedziały pod drzewami, scrollując telefon, a ja w tym czasie zakładałam buty biegowe i wychodziłam pobiegać po parku. Czasami wystarczy wykorzystać chwilę: zamiast jechać przez pół miasta czy robić zakupy, można wziąć rolki czy buty do biegania i ruszyć się razem z dziećmi. Właśnie tak zaczyna się systematyczna aktywność dla siebie, dla zdrowia i  przyjemności. Najważniejsze to zapisywać w kalendarzu nasze zajęcia sportowe, wyjścia na spacer czy bieganie. Dlatego organizuję też wyjazdy w góry dla dziewczyn. Wiem, że nie każda mama ma w swoim otoczeniu koleżanki, z którymi mogłaby wyruszyć solo. Zdarza się, że ktoś się wycofuje – raz koleżanka zrezygnowała, bo dzieci miały gorączkę, ale takie sytuacje uczą planowania i korzystania z każdej okazji, jaka się trafi.  Wtedy się zastanawiamy, czy same możemy pojechać.

Masz pewne rady dla mam, które chciałyby wyruszyć pierwszy raz w góry?

Przede wszystkim znajdźcie czas dla siebie i dla zdrowia. Jeśli nie mamy aktywności
w codziennym życiu, trudno nagle wyruszyć w góry. Szukajcie grup lub znajomych z podobnymi pasjami, to ogromna motywacja i wsparcie. Nawet jeśli idziecie same, warto rozpocząć od krótszych tras, sprawdzić sprzęt i stopniowo zwiększać wyzwania.

Dziękuje Anita za rozmowę i mam nadzieję do zobaczenia w górach!

 

 

Anita Krzemińska – mama dwóch nastolatek, trenerka fitness i managerka. Fanka górskich wypraw, wędruje solo i pokazuje kobietom, że odwaga zaczyna się od pierwszego kroku. Jej treści inspirują do tego, by spakować plecak, ruszyć w drogę i odkryć własną siłę.

 

Rozmawiała: Magdalena Bryś
Fotografia: archiwum prywatne Anity Krzemińskiej