Chodziarka, reprezentantka Polski, olimpijka, dwukrotna rekordzistka kraju i sześciokrotna mistrzyni Polski, która przez kilkanaście lat uprawiała chód sportowy. Dziś odnajduje pasję w biegach górskich. Rozmowa z Agnieszką Dygacz.
Jak się zaczęła twoja przygoda biegowa, na początku z chodem sportowym?
Jak trafiłam do chodu? Tak naprawdę zupełnie przez przypadek. Zaczęło się od tego, że zaczęłam sobie biegać – po prostu dla siebie, z potrzeby ruchu i chęci poprawy kondycji. W moim parku w czasie wakacji organizowano co tydzień krótkie zawody biegowe, więc postanowiłam w nich startować. To była dla mnie dodatkowa motywacja, żeby trenować i obserwować swoje postępy. Podczas jednych z tych zawodów poznałam kolegę, Michała. To właśnie on namówił mnie, żebym dołączyła do klubu AZS AWF Katowice, w którym sam trenował. Michał biegał, ale jego trener pracował również z chodziarzami. Gdy przyszłam na pierwszy trening, trener zaproponował, żebym spróbowała się „przejść sportowo”, żeby zobaczyć, jak to u mnie wygląda. Okazało się, że mam do tego predyspozycje – wyglądało to całkiem dobrze, więc zachęcił mnie, żebym spróbowała swoich sił w chodzie sportowym.
To był czas, gdy Robert Korzeniowski był już na sportowym szczycie, więc chód nie był mi całkowicie obcy. Wiedziałam mniej więcej, jak wygląda, choć oczywiście nie znałam wtedy dokładnych zasad. Wszystkiego nauczyłam się z czasem. Spodobało mi się to. Zawsze lubiłam sport – wcześniej trenowałam przez chwilę tenis ziemny, gimnastykę, próbowałam różnych dyscyplin. Kiedy zaczęłam biegać, robiłam to głównie po to, żeby schudnąć. Wydawało mi się wtedy, że na poważny sport jest już za późno – miałam 16 lat i myślałam, że w tym wieku nie zaczyna się już trenować na poważnie. Przecież takie dyscypliny jak tenis czy gimnastyka najlepiej zaczynać od dziecka. Na szczęście dałam się namówić Michałowi, poszłam do klubu i… tak właśnie zaczęła się moja przygoda z chodem sportowym.
I zostałaś na długo w chodzie. Ile czasu trwała ta przygoda jako profesjonalnej chodziarki?
W sumie około 16 lat. Zakończyłam ją po roku olimpijskim – po Igrzyskach w Rio de Janeiro. Nabawiłam się kontuzji, która na samych Igrzyskach mocno się odnowiła i skomplikowała. Po zawodach musiałam przejść operację, a gdy wydawało się, że wszystko zaczyna się goić, pojawiła się kolejna, wcześniej niezdiagnozowana kontuzja. Próbowałam wrócić do treningów. Jeszcze w 2017 roku trenowałam z nadzieją, że uda mi się odbudować formę. Niestety, organizm już nie współpracował, a dodatkowo zabrakło finansowania, bo nie osiągnęłam założonych wyników. Wtedy podjęłam decyzję: znajdę pracę i zakończę zawodowe trenowanie. Pamiętam ten moment doskonale. Gdy zaczęłam chodzić do pracy, pomyślałam: „Jakie to fajne! Można wrócić z pracy i nic nie musieć — nie trzeba już wychodzić na kolejny trening”. Przez tyle lat wszystko w moim życiu było podporządkowane sportowi, że dopiero wtedy poczułam, jak to jest mieć czas tylko dla siebie. To było naprawdę przyjemne uczucie. Jednak brakowało mi sportu. Szukałam czegoś, co mogłoby tę pustkę wypełnić – jeździłam na rowerze, trochę pływałam, ale nic nie dawało mi tej radości, którą znałam z chodzenia.
Po około roku pomyślałam: „Może jednak spróbuję wrócić?” Czułam się już lepiej fizycznie, kontuzje się zagoiły, więc znów zaczęłam trenować. Wystartowałam nawet w zawodach, ale ich nie ukończyłam. Mimo to dalej próbowałam – z przyzwyczajenia, z potrzeby ruchu, z nadziei, że wróci dawny zapał. Ale nie wracał. Wychodziłam na trening, bo „trzeba było”. Nie czułam już radości. Coraz mocniej dojrzewała we mnie decyzja, że muszę to zmienić. Szukałam czegoś, co znów mnie porwie. I pewnego dnia po prostu przyszła myśl: „Nie chcę już chodzić. Chcę biegać po górach”. To była decyzja z dnia na dzień. Pomyślałam, że to jest właśnie to. Kocham góry, zawsze je kochałam, choć wcześniej nigdy po nich nie biegałam. Chodziłam, ale nie biegałam. Skontaktowałam się z moim ówczesnym trenerem, który trenował też biegaczy górskich i powiedziałam, że chciałabym spróbować. On tylko się uśmiechnął i powiedział: „Dobrze, spróbuj. Przebiegnij tę trasę, zobaczymy, jak ci pójdzie”. Pamiętam ten pierwszy raz doskonale. To było cztery lata temu, wczesną wiosną. Nie miałam żadnego odpowiedniego sprzętu: biegłam w zwykłych maratonkach, z cienką podeszwą, bez bieżnika, po śniegu. Miałam plecak turystyczny, trzydziestolitrowy. Nie wiedziałam jeszcze, jak to się robi, jakie są buty, jakie są zasady. Po prostu pobiegłam. I właśnie wtedy zaczęła się moja nowa przygoda – z bieganiem po górach.
Chód wydaje się dosyć trudny, kiedyś próbowałam go na zajęciach.
Chód sportowy wbrew pozorom wcale nie jest aż tak trudny, jak wielu osobom się wydaje. To bardziej kwestia przyzwyczajenia się do specyfiki ruchu i zrozumienia, jak działa ciało. W gruncie rzeczy każdy potrafi chodzić, prawda? A chód sportowy to po prostu bardziej świadoma, techniczna wersja tego, co robimy na co dzień. Często porównuję to do nordic walkingu, który teraz jest bardzo popularny. Są czywiście różnice. W chodzie sportowym trzeba bardzo pilnować techniki, zwłaszcza kontaktu stopy z podłożem. Jedna noga zawsze musi mieć z nim kontakt, a ta, która dotyka ziemi, musi być wyprostowana w kolanie w momencie kontaktu. To właśnie te zasady odróżniają chód od biegu. Wielu ludzi myśli też, że chodziarze specjalnie „kręcą biodrami”, żeby szybciej się poruszać. A to wcale nie jest celowe! To naturalny efekt tempa i długości kroku. Kiedy chcesz iść naprawdę szybko, ciało samo przyjmuje taki sposób poruszania się. Stąd ten charakterystyczny ruch, który z zewnątrz wygląda trochę „dziwnie”, ale dla nas jest po prostu naturalny.
Profilowo jesteś teraz postrzegana jako biegaczka górska, ale przecież masz za sobą ogromne sukcesy na najwyższym, olimpijskim poziomie. Ja pamiętam cię jeszcze z czasów olimpijskich – twoje wcześniejsze starty. To musiały być ogromne emocje, prawda?
Tak, to był niezwykły czas. Start na igrzyskach to coś, o czym marzy każdy sportowiec – moment, w którym spełniają się lata pracy, wyrzeczeń i treningów. To też ogromne emocje – stres, adrenalina, ale i ogromna duma, że reprezentuje się Polskę na tak wielkiej scenie. Zdecydowanie największe emocje przeżyłam podczas moich pierwszych Igrzysk Olimpijskich – w Londynie. To był dla mnie absolutny przełom. Sama atmosfera była niesamowita – tysiące kibiców na trasie, doping z każdej strony. W Londynie byli też moi rodzice i brat, co sprawiło, że ten start był dla mnie szczególnie wyjątkowy. Pamiętam, że trasa miała pętlę o długości dwóch kilometrów, a ja po kilku okrążeniach dokładnie wiedziałam, gdzie kogoś usłyszę – tu ktoś krzyczy, tam ktoś macha flagą. Nie wiedziałam, kto konkretnie, bo byłam skupiona na zadaniu, ale te głosy… one naprawdę niosły. To było niesamowite uczucie. Zresztą emocje były tak silne, że przed samym startem po prostu się popłakałam. Nie ze strachu, tylko z natłoku wszystkiego – stresu, radości, dumy. To były łzy wzruszenia i ekscytacji. Choć wcześniej startowałam już na Mistrzostwach Świata, Europy czy w Pucharach Świata, to jednak Igrzyska to zupełnie inny wymiar. Sam pobyt w wiosce olimpijskiej też robi ogromne wrażenie. Przyjechałam tam kilka dni wcześniej, więc miałam czas, by się oswoić i poczuć atmosferę. To miejsce wyjątkowe – można by je porównać do ogromnego, zamkniętego osiedla, w którym mieszkają wszyscy sportowcy z całego świata. Wszędzie słychać różne języki, spotyka się największe gwiazdy sportu. To daje poczucie, że naprawdę jest się częścią czegoś wyjątkowego. Samo znalezienie się na Igrzyskach to już ogromny sukces – uwieńczenie wielu lat ciężkiej pracy. Dla każdego sportowca to coś wyjątkowego. Myślę, że nawet jeśli ktoś nie startuje, to warto choć raz w życiu pojechać i zobaczyć to z bliska. To doświadczenie, które zostaje w człowieku na zawsze. Teraz, gdy patrzę na to z perspektywy czasu, mam ogromny szacunek do tamtego etapu swojego życia. Chód sportowy nauczył mnie systematyczności, pokory, odporności psychicznej. Dzięki niemu mogłam później odnaleźć się w bieganiu po górach. To inny świat, ale ta sama pasja.
Wygląda na to, że przepadłaś w górach, czyż nie?
To była jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęłam. Nadal mnie to ogromnie cieszy. Oczywiście, wciąż jestem na początku tej drogi. Biegam dopiero cztery lata, co w porównaniu z ponad szesnastoma latami chodu to naprawdę niewiele. Ale sprawia mi to mnóstwo radości i poczucie, że znowu robię coś, co jest naprawdę moje. Od razu wiedziałam, że nie chcę biegać po ulicy. Już wcześniej, gdy myślałam o bieganiu, czułam, że asfalt to nie dla mnie, po prostu się już po nim „nachodziłam”. Stadion też mnie nie pociągał. A góry? Góry dawały mi wolność, przestrzeń, spokój i emocje, których wcześniej brakowało.
Czyli pojawiły się treningi typowo pod góry?
Kiedy zaczęłam trenować biegi, to tak naprawdę robiłam to zupełnie na luzie. Szukałam sportu, który znowu mnie wciągnie, da mi radość, ale nie miałam żadnych ambicji wynikowych. Lubię startować w zawodach, bo to daje mi frajdę i mobilizację, ale nie było to dla mnie nic koniecznego. Najbardziej lubię sam proces treningowy – to, że mogę wyjść, pobiegać, czuć progres. Na początku startowałam w zawodach po prostu dla przyjemności. Żeby coś się działo, żeby mieć mały cel, do którego mogę dążyć. Nie potrzebowałam wielu startów – kilka w sezonie w zupełności mi wystarczało. Wszystko bez presji, na zasadzie: „stanę na starcie, zobaczę, jak pójdzie”. Czułam się trochę jak nowicjusz, nikt mnie nie znał, nikt niczego nie oczekiwał. A to było bardzo odświeżające, zwłaszcza po latach w chodzie sportowym, gdzie presja była ogromna. Tam zawsze musiałam mieć konkretny wynik, zrobić minimum, zająć określone miejsce, żeby dostać się na zawody czy do szkolenia. Tutaj tego nie było, mogłam po prostu biegać dla siebie.
Początkowo też byłam trochę wypalona po latach treningów w chodzie. Nie miałam potrzeby rywalizacji. Ale po mniej więcej roku zaczęło się to zmieniać. Znowu poczułam ten „głód ścigania”, tę iskrę rywalizacji. Pomyślałam: „A może dobrze byłoby się znowu pościgać? Może warto spróbować?”. Zaczęłam czuć, że mam siłę i chęć, żeby trenować trochę mocniej. Wiedziałam, że to oznacza wyjście ze strefy komfortu, bo niektóre jednostki treningowe nie są ani przyjemne, ani lekkie. Ale stwierdziłam: „Dobra, chcę tego”. I tak wróciła ta sportowa iskra.
W tym roku to uczucie jeszcze się nasiliło. Mam większą motywację do startów, do rywalizacji. Zaczęłam też częściej startować i to na krótszych dystansach, które wcześniej omijałam. To też odmiana – można popracować nad szybkością, a przy okazji lepiej się zmobilizować, bo rywalizacja zawsze wyzwala dodatkową energię. Choć nie uważam się za szczególnie szybką zawodniczkę, nie pamiętam nawet, kiedy ostatnio robiłam trening tempowy, to widzę, że to wszystko dobrze się układa. Te krótsze starty wpisują się w przygotowania do biegów ultra, stanowią taki dynamiczny przerywnik.
Ostatnio wygrałaś piękny i niełatwy bieg górski, Bieg Ultra Granią Tatr.
Od początku marzyłam, żeby wystartować w Ultra Granią Tatr. To jeden z najtrudniejszych biegów w Polsce – długi dystans, ogromne przewyższenia, techniczny teren. Już trzy lata temu miałam tam zadebiutować, ale kontuzja wyeliminowała mnie z całego sezonu. Rok później wystartowałam, ale niestety nie udało mi się dotrzeć do mety. Odwodniłam się, żołądek kompletnie odmówił posłuszeństwa i trafiłam do szpitala. Zostało mi wtedy naprawdę niewiele do końca. W tym roku powiedziałam sobie: trzeci raz, zobaczymy, co będzie. I udało się! Dobiegłam do mety, wygrałam, choć znowu nie obyło się bez problemów żołądkowych. Cieszę się ogromnie, ale też mam lekki niedosyt. Wiem, że mogło być szybciej. Lubię jednak ten stan. Niedosyt daje mi motywację, żeby wrócić silniejsza, trenować jeszcze mądrzej i poprawić wynik. Bardzo lubię biegać w Tatrach, chyba najbardziej ze wszystkich miejsc. Kocham techniczne trasy, takie mniej „biegowe”, gdzie trzeba kombinować, balansować, używać całego ciała. Właśnie w takich warunkach czuję się najlepiej.
A po samym biegu? O dziwo, czułam się naprawdę dobrze! Od razu po ukończeniu oczywiście byłam wykończona, ale już następnego dnia prawie nie miałam zakwasów. Mięśnie były przygotowane – sporo trenowałam w Tatrach, więc ciało znało ten wysiłek. Oczywiście organizm był zmęczony, ale po dwóch tygodniach byłam praktycznie w pełni sił. Trzy tygodnie później wystartowałam w kolejnych zawodach, Maratonie Trzech Jezior, i wszystko poszło świetnie. Tam biegłam dystans 21 km, z przewyższeniem około 1700 metrów, więc naprawdę solidny teren – góra, dół, góra, dół. Właśnie takie trasy lubię najbardziej. Nie wszyscy to lubią, wielu woli bardziej biegowe szlaki, ale ja najlepiej czuję się właśnie w tym rytmie – podbiegi, zbiegi, techniczny teren.
Potem wystartowałam jeszcze w Biegu na Kasprowy Wierch, który był jednocześnie Mistrzostwami Polski Skyrunning Vertical. Ku mojemu zaskoczeniu, zdobyłam tytuł wicemistrzyni Polski! To było niesamowite, bo w ogóle nie szykowałam się na taki start. Przygotowywałam się przecież do ultra, a tu nagle krótszy, 8-kilometrowy dystans. Byłam naprawdę zaskoczona, ale też bardzo szczęśliwa. Te krótsze starty zaczynają mnie coraz bardziej wciągać. Czuję, że mam jeszcze w sobie trochę tej szybkości – może nie jestem już najmłodsza (śmiech), ale wciąż mogę coś z niej wyciągnąć. I to mnie niesamowicie napędza.
Jak zmieniło się twoje podejście do biegania na przestrzeni lat – jako sportu i wyzwania?
A jeśli chodzi o moje podejście do biegania, ono bardzo się zmieniło. Myślę, że to naturalny proces. Sport uczy pokory, ale też pokazuje, że pewne rzeczy w nas zostają. Bo wiesz, sportowcem jest się całe życie. Jak się zaczyna, to już się z tego nie wychodzi. To zostaje w głowie, w sercu, w sposobie myślenia. Na początku wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. Trenowałam, bo to był po prostu dobrze spędzony czas. Było dużo znajomych, wyjazdy na obozy, przygody. Czasem nawet nie trzeba było iść do szkoły, bo jechało się na obóz sportowy (śmiech). To była po prostu zabawa, przyjemność. Z czasem jednak zaczęłam czuć, że sport staje się czymś poważniejszym. Kiedy miałam 16-17 lat, głowa dopiero się kształtowała, ale już wtedy pojawiało się myślenie, że chciałabym w to pójść na serio. I krok po kroku zaczęłam się coraz bardziej profesjonalizować.
Po pewnym czasie coraz więcej rzeczy w moim życiu było podporządkowanych pod sport, a nie na odwrót. W pewnym momencie, kiedy osiągałam już swoje największe sukcesy, sport stał się absolutnym priorytetem. Wszystko było pod niego ustawione. Każdą decyzję – czy mogę wyjść wieczorem, spotkać się ze znajomymi – musiałam przepuszczać przez „sportowy filtr”. Zastanawiałam się: jaki mam jutro trening? O której muszę wstać? Czy jeśli pójdę spać później, to dam radę? Kiedy mam następne zawody? Czy mogę sobie na to pozwolić, czy nie? To była codzienność – planowanie snu, posiłków, regeneracji. Sport był zawsze na pierwszym miejscu. Dobrze było to łączyć ze studiami. Studiowałam na AWF-ie, więc środowisko bardzo sprzyjało temu, żeby wszystko się ze sobą zazębiało. Ale z perspektywy czasu myślę, że może trochę za bardzo wszystko było podporządkowane właśnie sportowi. W pewnym momencie pojawiło się zmęczenie, nie tylko fizyczne, ale też psychiczne. Zaczęły się kontuzje, frustracja, że ogromne poświęcenie nie zawsze przynosiło oczekiwane efekty. I wtedy przyszło wypalenie, po tylu latach totalnego podporządkowania się temu rytmowi. I wiesz co? Właśnie wtedy znowu zaczęłam biegać dla przyjemności. Bez presji, bez oczekiwań. Po prostu dla frajdy. I to mi zostało do dziś. Nadal bardzo to lubię, czerpię z tego ogromną radość. Jasne, pewien poziom profesjonalizmu we mnie został, wciąż mam w głowie ten sportowy filtr: „dzisiaj pójdę wcześniej spać, bo jutro trening”, „muszę dobrze zjeść, żeby mieć energię”. Ale teraz to nie jest przymus. To jest po prostu mój styl życia, coś, co lubię.
Najważniejsze jest dla mnie to, żeby wiedzieć, po co się to robi. Żeby widzieć sens i cel w tym, co się robi, wtedy wszystko przychodzi naturalnie. Teraz, wiadomo, nie jestem już w stanie funkcjonować na takim poziomie profesjonalizmu, jak kiedyś. Wtedy całe moje życie kręciło się wokół treningów, zgrupowań, regeneracji. To była moja praca – sen, jedzenie, trening, powtórka. Dzisiaj oprócz biegania mam też inne obowiązki. Pracuję na siłowni, jestem menadżerką, a do tego mam swoich podopiecznych – prowadzę treningi, wspieram innych w ich celach sportowych. To dużo do pogodzenia, ale daje mi to ogromną satysfakcję.
Mogłabyś się podzielić z nami twoim doświadczeniem i perspektywą jako trenerki? Jak to wygląda, jak się z tym czujesz?
Dla mnie najważniejszy jest kontakt z drugim człowiekiem. Taki prawdziwy feedback – jak ktoś mi napisze, jak się czuł po treningu, że np. „słabo poszło, ale nie dlatego, że jest zmęczony poprzednimi treningami, tylko nie przespał nocy” albo „dużo stresu w pracy”. To są bardzo istotne informacje, bo same cyferki w planie treningowym nie pokazują całego obrazu. Można mieć słabszy trening, ale dopiero jak ktoś mi powie, z czego to wynika, wiem, jak dalej działać. Bo czasem po prostu trzeba odpuścić, zejść z obciążeń, żeby organizm się zregenerował. Trenuję głównie amatorów, więc wiem, że sport nie jest dla nich centrum życia, to dodatek. Większość z nich ma rodziny, pracę, obowiązki, dzieci. I ja ich naprawdę podziwiam, zwłaszcza kobiety, które potrafią to wszystko połączyć i jeszcze znaleźć czas na trening. Często nawet mają w sobie taką chęć, że „a może jeszcze coś bym zrobiła, może jeszcze by się dało” – to jest niesamowite. I wiesz co? Ja się też od nich uczę. Widzę, że można mieć bardzo dużo na głowie, a mimo to być zaangażowanym i czerpać z tego radość. To dla mnie ogromna motywacja. Staram się zawsze podchodzić indywidualnie do każdego zawodnika – słuchać, rozumieć jego rytm dnia, obowiązki, możliwości. Każdy trenuje w innych godzinach, w innych warunkach. Dla mnie właśnie to jest sens pracy trenera – żeby dostosować się do człowieka, a nie odwrotnie.
To piękne podejście. I myślę, że też bardzo dobrze łączy się z naszym październikowym tematem w redakcji, którym była profilaktyka i dbaniem o zdrowie. Czy dla ciebie sama profilaktyka jest ważna?
Tak, to dla mnie bardzo ważne. Uważam, że to powinna być podstawą. Zanim ktokolwiek zacznie trenować, warto zrobić podstawowe badania. A jeśli ktoś już trenuje, to tym bardziej. Minimum raz w roku, a najlepiej dwa. Dzięki temu wiemy, że wszystko w organizmie działa prawidłowo, że nie ma niedoborów czy jakichś chorób, które mogłyby się rozwinąć. Badania dają też spokój – to poczucie, że mogę trenować bezpiecznie. Często pozwalają też wychwycić problemy na bardzo wczesnym etapie, a czasem wręcz ratują życie. Moim zawodnikom zawsze powtarzam: jak czujesz się gorzej, nie masz siły, coś się dzieje – idź, zrób badania. Sprawdź, czy wszystko jest w porządku. I tak, często muszę ich hamować, szczególnie tych najbardziej ambitnych. Znam to z autopsji, bo sama jestem bardzo ambitna i wiem, że bez trenera pewnie łatwo bym się „zatrenowała”, bo też mam to myślenie: „a może jeszcze jeden trening, może jeszcze coś dołożę”. Ale z zawodnikami robię odwrotnie, mówię: „lepiej odpuścić, nic się nie stanie”. I wiesz co? To działa też na mnie. Jak widzę, że komuś powiedziałam „odpocznij”, to sama też się zatrzymuję i mówię: „no tak, ty też możesz odpuścić”.
Sama wielokrotnie przekonałam się, że odpuszczenie jest lepsze niż forsowanie się na siłę. Czasami pojawiają się kontuzje i jeśli od razu zareagujemy, to często w ciągu tygodnia, jesteśmy w stanie dojść do siebie. Natomiast jeśli próbujemy ją zabiegać, to może się to ciągnąć naprawdę długo. Moim zdaniem lepiej zrobić przerwę o pięć dni za długo niż o jeden dzień za krótko. Do tego namawiam wszystkich, jeśli coś się dzieje, lepiej odpuścić. Nic się nie stanie, jeśli opuścimy jeden, dwa albo trzy treningi. Wydolność nie spada w tak krótkim czasie, a jeśli chcemy, można wprowadzić trening zastępczy, który nie obciąża kontuzjowanego miejsca. Oczywiście inna sytuacja jest, jeśli ktoś jest chory, przeziębiony lub z grypą. Wtedy wskazany jest stricte odpoczynek, czasami jedynie lekkie rozciąganie, bo są osoby, które nie potrafią nie robić nic. Sama też czasami tak mam.
Jak wyglądają twoje treningi obecnie?
Teraz współpracuję z trenerem, Andrzejem Orłowskim. On decyduje, co robię i kiedy. Czasem podrzucam swoje pytania lub sugestie, ale generalnie oddaję w jego ręce plan treningowy w stu procentach. Zauważyłam, że teraz trenuję nawet więcej niż kiedyś podczas chodu sportowego. Kiedy chodziłam, treningi rzadko wykraczały poza dwie godziny. Teraz w górach często biegam 2, 3, a nawet 4 godziny, ale robię te dłuższe jednostki tylko w weekendy, kiedy mogę sobie na to pozwolić. Na pewno w moim treningu pojawiło się też więcej jednostek siłowych. Kiedyś trening siłowy sprowadzał się u mnie do stabilizacji i sporadycznych obwodów ćwiczebnych, a dziś wiem, że w przygotowaniach pod góry jest on niezbędny. Teraz pojawia się regularnie i powiem szczerze, że nawet polubiłam te jednostki, bo widać efekty, a to daje ogromną motywację. Trening siłowy w górach działa – nie tylko wzmacnia, ale też pełni funkcję prewencyjną. Od kiedy zaczęłam współpracować z trenerem Orłowskim, wprowadził on regularne treningi siłowe do mojego planu.
Gdybyś miała przekazać biegaczkom górskim, zaczynającym swoją przygodę z tym sportem, 3 najważniejsze rady, które potem pomogą im w rozwoju, co by to było? Na co warto zwrócić uwagę na początku i co pomaga w dalszym rozwoju – fizycznym i mentalnym?
Po pierwsze, nigdy się nie poddawać. Trzeba konsekwentnie dążyć do celu, mimo nieudanych treningów czy zawodów, kontuzji czy innych trudności. Po drugie, cierpliwość. Wszystko wymaga czasu, każdy etap trzeba przechodzić po kolei, bez pośpiechu, dbając o zdrowie. Po trzecie, szukanie radości w tym, co robimy. Nawet jeśli nie możemy pobiegać w górach, warto znaleźć alternatywy, które sprawiają przyjemność, np. spacer, rower. To utrzymuje motywację i sprawia, że mimo trudności chętnie wracamy do treningów.
Dzięki Aga za rozmowę!
Agnieszka Dygacz – polska lekkoatletka, dwukrotna olimpijka (Londyn, Rio de Janeiro) i medalistka Pucharu Świata. Wcześniej specjalizowała się w chodzie sportowym, obecnie jest biegaczką górską i trenerką lekkiej atletyki.
Rozmawiała: Magdalena Bryś
Fotografia: Jan Nyka
