Z jednej strony korporacyjne wyzwania i napięte kalendarze, z drugiej – wymagające trasy górskich ultramaratonów – łączy te dwa pozornie odległe światy z konsekwencją i pasją. W rozmowie opowiada o swojej drodze od pierwszych biegów po asfalcie do startu w jednym z najtrudniejszych wyzwań w Polsce – Biegu Kreta Hardcore, w którym ustanowiła rekord trasy kobiet. Rozmowa z Niną Graboś.


 

Jak wyglądały twoje początki z biegami ultra? Co sprawiło, że to właśnie biegi górskie tak bardzo cię wciągnęły?

Zaczęłam od biegów ulicznych – moim pierwszym celem był półmaraton, a potem maraton. Już wtedy czułam, że zdecydowanie bardziej odpowiada mi dłuższy dystans niż np. 10 kilometrów. Nie jestem „gazelą” – rozpędzam się powoli, a długie bieganie sprawia mi największą radość. Do świata biegów ultra, szczególnie tych górskich, trafiłam… zupełnie przypadkiem. Kolega z pracy, Maciej, zaproponował, żebyśmy wystartowali razem w Biegu Rzeźnika. Powiedziałam mu: „Nigdy nie biegłam dystansu ultra, mój najdłuższy bieg to maraton”. Maciek odpowiedział, że jest pewien, że dam radę. A ja pomyślałam, że warto sprawdzić, czy w ogóle odnajdę się poza asfaltem. Postanowiłam zacząć od czegoś mniejszego – padło na Ultra Kampinos. Dystans był trochę dłuższy niż maraton, trasa prowadziła przez las i szutrowe ścieżki. Pobiegłam z tym samym kolegą, z którym planowałam Rzeźnika. I ku mojemu zaskoczeniu tak się złożyło, że… wygrałam ten bieg! Ostatnio media społecznościowe przypomniały mi to wydarzenie wraz ze zdjęciem z podium, na którym stałam obok Patrycji Dettlaff i Moniki Piaseckiej, które cały czas biegają ultra z olbrzymimi sukcesami.

Nasz team na Rzeźniku nazywał się „Jakoś tak wyszło” – i to idealnie oddaje, jak ta przygoda się zaczęła. Z przypadku. Wcześniej nawet nie wiedziałam, co to za bieg, trudno było mi wyobrazić sobie dystans, który przyjdzie nam pokonać. Relacje, które wcześniej czytałam, w żaden sposób nie oddały tego, co tam przeżyłam. Pomimo wszystko, im dalej biegliśmy, tym bardziej mi się to podobało. Byłam niezmiernie szczęśliwa, że udało nam się dobiec do mety w limicie czasu. Byłam strasznie zmęczona, czułam każdy mięsień i wiedziałam, że długo nie założę szpilek do pracy – ale jednocześnie byłam pewna, że chcę dalej to robić. To był przełomowy moment w moim bieganiu. Już wtedy wiedziałam, że chcę startować w długich, górskich biegach. I jednocześnie uświadomiłam sobie, że jeśli naprawdę chcę w to wejść, to muszę zmienić podejście – zacząć trenować bieganie, a nie tylko biegać.

Czy to było wtedy twoje pierwsze doświadczenie długodystansowe?

Tak, to był 2017 rok. Biegliśmy ponad 15,5 godziny. Bieg Rzeźnika to dla wielu prawdziwy sprawdzian – nie tylko wytrzymałości fizycznej, ale też… znajomości. My z Maćkiem znaliśmy się tylko z pracy. Mimo tak długiego czasu na trasie i ogromnego wysiłku, nie mieliśmy żadnego konfliktu – co, jak się później okazało, zdarzało się innym zespołom. Wręcz przeciwnie, przez cały bieg bardzo mocno się wspieraliśmy. To było naprawdę niezwykłe doświadczenie. I co najważniejsze – to był mój pierwszy bieg ultra w górach.

Wspominałaś o treningu, że musisz zmienić podejście – jeśli chcesz biegać w górach.

Wiedziałam, że nie mam siły na podejściach i podbiegach. Trudno się dziwić, jeśli  biega się głównie po płaskim, to w górach szybko wychodzi brak siły. To była moja pierwsza motywacja do zmiany.  Nie miałam też wtedy pojęcia o technice zbiegów, szczególnie na długich dystansach. Zaczęłam więc szukać kontaktu z grupami, które jeżdżą w góry na weekendy i trenują właśnie tam. Trafiłam na wspaniałe osoby, do dziś utrzymujemy kontakt. To wtedy zaczęły się moje pierwsze regularne wyjazdy w góry, nie tylko żeby pobiegać, ale też poobserwować bardziej doświadczonych biegaczy. W tamtym czasie trenowałam z Aleksandrem, którym pomagał mi wcześniej przygotować się do wyzwań maratońskich. Dużo uwagi poświęcał technice biegu – i do dzisiaj uważam, że ten aspekt jest bardzo niedoceniany, a naprawdę przekłada się na wyniki. Nadal regularnie wykonuję ćwiczenia techniczne, nawet jeśli chwilowo nie biegam intensywnie po górach.

Mniej więcej w tym samym czasie zaczęłam też poważniej podchodzić do treningu ogólnorozwojowego. Najpierw były zajęcia grupowe, a potem zdecydowałam się na trening indywidualny. Do dziś ćwiczę z Agnieszką Bukłaho  –  świetną trenerką i jednocześnie fizjoterapeutką.  Trening siłowy, który przygotowuje, jest układany przede wszystkim z myślą o bieganiu w górach i poprawie koordynacji w trudnym, nierównym terenie. Taki trening daje mi poczucie, że naprawdę dobrze się przygotowałam pod kątem siły biegowej do wyzwań podczas biegu. Oczywiście w górach nigdy nie da się przewidzieć wszystkiego, wiele zależy od tego, co wydarzy się po drodze, ale to przygotowanie, wiedza i świadomy trening dają mi poczucie radości i spokoju.

Co sprawiło później, że postanowiłaś kontynuować pasję do biegów ultra?

Po Rzeźniku wszystko potoczyło się bardzo szybko. Zaczęłam szukać kolejnych biegów. Na początku były to krótsze biegi ultra, ale z czasem dystanse zaczęły się wydłużać. Moim pierwszym startem na 100 kilometrów była Łemkowyna – i to było zupełne dla mnie zaskoczenie, bo dobiegłam wtedy na drugim miejscu! Nie trenowałam jeszcze wtedy zbyt długo, bezpośrednio pod biegi górskie. Dlatego ten start dał mi wiele wiary w siebie. Z czasem zrozumiałam, że to właśnie biegi około setki i dłuższe są „moimi” biegami. Potrafię się na nich dobrze rozpędzić, regeneracja nie zajmuje mi aż tak dużo czasu i po weekendzie jestem w stanie normalnie funkcjonować. Wydłużanie dystansów przychodziło u mnie stopniowo. Potrzebowałam sporo czasu, żeby naprawdę uwierzyć, że jestem w stanie pokonywać tak długie trasy.

Piękne i świadome.

Marzenie o pokonaniu dystansu dłuższego niż 100 km przyszło z czasem. To był 2020 rok. Pamiętam, że kiedy podzieliłam się ze znajomymi decyzją o starcie w Biegu 7 Szczytów na dystansie 240 km, usłyszałam od jednego z kolegów: „To nie jest dobry pomysł, na pewno sobie nie poradzisz”.  I właśnie to zdanie stało się dla mnie ogromną motywacją. Bardzo intensywnie wtedy trenowałam. Sama wówczas układałam plan – a wiadomo, że człowiek dla siebie potrafi być najbardziej wymagający. Przeczytałam mnóstwo książek o bieganiu ultra. Czasami prosiłam znajomych, żeby biegali ze mną nocą po lesie – chciałam się oswoić z samotnością w ciemności. Warszawskie lasy miałam wtedy naprawdę dobrze „obiegane”. Najbardziej bałam się właśnie tego momentu, kiedy zostanę sama w lesie. W mieście jesteśmy przyzwyczajeni do świateł, dźwięków, ciągłego ruchu – a tu nagle cisza, mrok i przestrzeń w górach. Chciałam się z tym oswoić. Paradoksalnie, w miejskim lesie bardziej bałam się spotkać człowieka niż dzika! Pamiętam jeden moment podczas Biegu Kreta: wbiegłam w miejsce, gdzie były dziki, a dokładnie ich sypialnia. Serce biło mi jak szalone i to był chyba jeden z szybszych odcinków mojej trasy. Dziś myślę, że nocne bieganie to jeden z tych elementów ultra, na które naprawdę czekam. To dla mnie coś wyjątkowego, rzadko mamy w życiu czas, by być naprawdę sami ze sobą. A tam, w lesie, w ciszy, w ciemności, można naprawdę pobyć z własnymi myślami.

Jak wyglądały twoje przygotowania do tak wymagającego biegu jak Bieg Kreta Hardcore (377 kilometrów) – zarówno pod względem fizycznym, jak i mentalnym? To przecież bieg bez oznaczeń, w formule self-support, więc ogromne znaczenie musiała mieć nie tylko forma, ale też codzienna dyscyplina, regeneracja, logistyka i wsparcie. Jak radziłaś sobie z tym wszystkim, trenując na co dzień w płaskiej Warszawie? Czy nawigacja była dla ciebie dużym wyzwaniem?

Na pewno dużą rolę odegrały regularne wyjazdy w Góry Świętokrzyskie, szczególnie w weekendy. Bardzo często organizowaliśmy się tak, żeby już o szóstej rano być w drodze, przebiec około 30 kilometrów w górskim terenie i jeszcze tego samego dnia wrócić do Warszawy. To były bardzo intensywne, ale też niezwykle wartościowe jednostki treningowe. Z tych bliższych terenów – zdecydowanie Falenica. Mam ją dosłownie obieganą w każdą stronę. To świetne miejsce do ćwiczenia różnych aspektów biegania. Trzeba tylko trochę pobiegać w kółko jak chomik, ale dla mnie taka pętla była doskonałym treningiem wytrzymałości psychicznej. Uczyła mnie, żeby się nie poddawać mimo monotonii. Podziwiam osoby uczestniczące w biegach Backyard Ultra – po krótkiej, płaskiej pętli. Uważam, że ci biegacze mają niesamowitą odporność psychiczną. Dla mnie najtrudniejsze byłoby właśnie to: powtarzalność i brak zmienności terenu.

Mieszkam też niedaleko Kopca Powstania Warszawskiego. Dziś to piękne miejsce, ale kiedyś było dużo bardziej dzikie, surowe – idealne do treningów terenowych. Korzystałam też z Górki Kazurki, Kampinosu, Agrykoli – to miejsca znane zarówno biegaczom górskim, jak
i asfaltowym. Jeśli ktoś chce trenować do biegów górskich w Warszawie, to te tereny można uznać za namiastkę gór. Nie brakowało też bardziej nietypowych treningów – np. wspólnego biegania z oponami czy gumami pod górę. Takich jednostek było naprawdę sporo i każda z nich coś wnosiła, nie tylko fizycznie, ale też mentalnie. Wyjeżdżałam też na weekendy, żeby pobiegać fragmentami trasy Kreta – to było bardzo pomocne, choć nie udało mi się poznać przed startem całej trasy. Dodatkowo każdy start w górach, na różnych trasach, dokładał porcję doświadczenia – szczególnie w zakresie żywienia w trakcie biegu.

A sam Bieg Kreta Hardcore – jakie to było dla ciebie doświadczenie? Zarówno biegowe, jak i życiowe, osobiste?

Dla mnie Bieg Kreta Hardcore był nie tylko ogromnym wyzwaniem biegowym, ale też ważnym doświadczeniem osobistym i społecznościowym. Podeszłam do tego startu bez presji wyniku, bez sztywno narzuconych założeń. Oczywiście przygotowaliśmy plan, głównie po to, żeby dobrze rozplanować wsparcie na trasie. Jednak okazało się, że po jego modyfikacji, opartej na analizie wyników z poprzednich edycji, dłuższy niż pierwotnie planowaliśmy odcinek trasy biegłam sama. Znajomi, którzy mieli do mnie dołączyć w trakcie biegu, nie zdążyli dotrzeć na umówiony punkt z Warszawy. W tym czasie wspierał mnie mój partner – podjeżdżał na wyznaczone punkty i przywoził jedzenie, zgodnie z zaplanowanym wcześniej zapotrzebowaniem kalorycznym. Później dołączyli znajomi, biegli ze mną fragment trasy, zastępowali mojego partnera w dowiezieniu posiłków. To było niesamowite doświadczenie dla nas wszystkich.

Towarzystwo znajomych dawało ogromne wsparcie, pomagało oderwać się od zmęczenia i dystansu. Ten bieg, oprócz olbrzymiego wysiłku fizycznego, był też ogromnym przedsięwzięciem organizacyjnym i prawdziwą próbą pracy zespołowej. Do Biegu Kreta przygotowywałam się bardzo poważnie – fizycznie, jak i mentalnie. Biegałam wcześniej fragmenty trasy, szczególnie te, które uważałam za trudne lub zupełnie nowe. Żałuję, że nie udało się poznać jej całej przed startem, bo w biegach górskich liczy się dosłownie wszystko – pogoda, znajomość trasy, jedzenie, regeneracja… i silna głowa.

Wygrałaś ten Bieg!

Moim zdaniem ukończenie tego biegu to już wygrana – niezależnie od miejsca na mecie. Każdy dobry wynik bardzo mnie cieszy i daje motywację do dalszej pracy. Ale zawsze najważniejsze jest dla mnie ukończenie biegu. Przygoda, wyzwania, zmaganie się z trudnościami – to właśnie daje mi największą satysfakcję. Biegów jest mnóstwo, coraz więcej osób startuje więc zawsze może znaleźć się ktoś szybszy, lepiej przygotowany, czy bardziej wypoczęty. Miejsce na podium to piękne i wyjątkowe zwieńczenie jakiegoś etapu i nie będę ukrywać, że bardzo się cieszę, kiedy się zdarza. Dla mnie bardziej niż kiedykolwiek, najważniejsze jest to, aby biegać jak najdłużej, w dobrym zdrowiu. Chciałabym unikać takich kontuzji jak ta, która ostatnio wykluczyła mnie z treningów i spowodowała przerwę w mojej przygodzie z ultra.

Nie wszyscy o tym wiedzą, ale na co dzień pracujesz na etacie w korporacji, na stanowisku dyrektorskim – zajmując się komunikacją i relacjami inwestorskimi. Czy dostrzegasz jakieś podobieństwa między korporacyjną komunikacją a bieganiem długodystansowym? Jak udaje ci się to wszystko połączyć – intensywną pracę, treningi, starty i życie prywatne?

Moja praca jest ściśle związana z kalendarzem wydarzeń korporacyjnych, dlatego planując starty w biegach ultra, zawsze biorę pod uwagę te terminy. Są okresy, na przykład miesiące raportowe, kiedy obowiązków zawodowych jest bardzo dużo i wtedy wyjazdy na zawody nie są najlepszym pomysłem. Już to przerabiałam. Zdarzało się, że startowałam w biegu po kilku nieprzespanych nocach i wiem, że to się po prostu nie sprawdza, organizm za to płaci. Na szczęście biegów w kalendarzu jest tyle, że zawsze można wybrać inny termin. Trzeba dać sobie zgodę na elastyczność – organizm na pewno będzie za to wdzięczny i posłuży nam dłużej.

Co ciekawe, komunikacja korporacyjna, zwłaszcza relacje inwestorskie, mają zaskakująco wiele wspólnego z bieganiem ultra. To zdecydowanie ultramaraton. Liczy się konsekwencja, uważność na wiele elementów jednocześnie, cierpliwość i spójność. Tak, jak jeden trening nie czyni nas dobrym biegaczem, tak i jeden komunikat nie buduje reputacji firmy. To efekt setek rozmów, przemyślanej strategii i długofalowej pracy. W relacjach inwestorskich, podobnie jak w biegach ultra, kluczowa jest odporność – szczególnie wtedy, gdy coś idzie nie po naszej myśli. Zaufanie inwestorów nie rodzi się po jednej konferencji czy raporcie – to proces. Trzeba mieć gotowość do tłumaczenia, dialogu, reagowania w kryzysowych momentach. I nigdy nie wolno chować głowy w piasek. W bieganiu jest podobnie, musisz biec dalej, nawet kiedy jest trudno, kiedy boli, kiedy jesteś sam. Czasami mój partner mówi, że jestem uparta – ja wolę mówić: wytrwała. I właśnie ta wytrwałość jest cechą wspólną obu światów – zawodowego i sportowego.

Jak zmieniło się twoje podejście do biegania na przestrzeni lat – jako sportu i wyzwania?

Uważam, że mierzenie się z kolejnymi wyzwaniami stawianymi sobie jest bardzo edukacyjne i rozwojowe. Każdy długi bieg traktuję jak osobny projekt – z jednej strony oparty na sprawdzonych elementach, które się powtarzają, a z drugiej za każdym razem wprowadzam coś nowego, co będzie dla mnie bodźcem do dalszego rozwoju. Z czasem bieganie stało się dla mnie czymś więcej niż tylko sportem. Na pewno wpłynęło na inne aspekty mojego życia i miało wpływ na szereg ważnych decyzji, które podjęłam. Bieganie to również podróże, które pozwoliły mi poznać Polskę z zupełnie innej, pięknej strony. Często biegi odbywają się w miejscach o niezwykłym uroku. Starty w Lądku-Zdroju zainspirowały nas do tego, żeby spędzić urlop w tej części Polski.

Rywalizacja? Owszem, ale przede wszystkim z samą sobą. Stawiam sobie cel i próbuję go osiągnąć. Mówię sobie: masz przede wszystkim dobiec. Ciesz się tym biegiem, przeżyj je. Dla mnie najważniejsze jest dotarcie do mety, szczególnie w takim biegu, w którym przeżywam jakieś kryzysy, a jego przebieg nie jest zgodny z moimi założeniami. Oczywiście nie mówimy o sytuacjach, które zagrażają zdrowiu, a takich gdzie biegniemy poniżej swoich założeń. W takich sytuacjach ukończenie biegu, jest dla mnie olbrzymią wartością. To ten moment spełnienia, który daje największą satysfakcję i często powoduje wzruszenie wraz z przekroczeniem linii mety.

Planujesz wrócić do biegania ultra? Czy masz jakieś dalsze plany sportowe?

Kontuzja, z którą się zmagam, była trudna do zdiagnozowania. Niestety zmusiła mnie na jakiś czas do rezygnacji z aktywności fizycznej. I w jej początkowym etapie nawet krótki spacer z psem był dla mnie wyzwaniem porównywalnym do długiego biegu. Nie byłam w stanie po nim schylić się i zdjąć buty. Dziś wracam powoli do biegania. Stopniowo wydłużam dystanse. Cały czas starałam się utrzymać formę dzięki treningowi siłowemu oraz ćwiczeniom na urządzeniach o zamkniętym obiegu. Na razie nie jestem gotowa jeszcze na intensywne jednostki treningowe. Rozpoczynam kolejną serię konsultacji – mam nadzieję, że uda się w końcu zidentyfikować przyczynę problemu i postawić pełną diagnozę. Mam ogromną nadzieję, że dzięki temu niedługo wrócę też do biegania po górach, bardzo mi tego brakuje.

Trzymam mocno kciuki! Gdybyś miała przekazać biegaczkom górskim, zaczynającym swoją przygodę z tym sportem,  3 najważniejsze rady, które potem pomogą im w rozwoju, co by to było? Na co warto zwrócić uwagę na początku i co pomaga w dalszym rozwoju – fizycznym i mentalnym?

Po pierwsze – nie porównuj się. Ani do innych, ani nawet do siebie sprzed lat, jeśli wcześniej biegałaś po asfalcie. Bieganie asfaltowe i górskie to dwa zupełnie różne światy. Nie słuchaj zbyt intensywnie opowieści o tym, jakich to biegów ktoś nie przebiegł i czego nie osiągnął – nie pozwól, by to wpływało na Twoje nastawienie. Góry mają swoje własne prawa – forma, tempo, samopoczucie mogą się zmieniać z kilometra na kilometr. Potraktuj ten bieg jako swój czas i przestrzeń do poznawania siebie i swojego ciała, jego potrzeb.

Po drugie – zaprzyjaźnij się ze sobą. W ultra zdarzają się momenty, gdy jesteśmy zupełnie sami. To wtedy mogą przyjść wątpliwości, samotność, a czasem jeszcze pogoda daje w kość. Dlatego tak ważna jest umiejętność bycia ze sobą – cierpliwość, wyrozumiałość, zgoda na to, że nie zawsze będzie lekko. W świecie pełnym bodźców rzadko mamy chwilę, by pobyć sami ze sobą. A bieganie w górach daje tę szansę  i jeśli potrafimy ten czas uczynić dla siebie dobrym, to jest ogromna wartość.

Po trzecie – słuchaj ciała i głowy, a nie ego. Bieganie w górach uczy pokory. Jednego dnia możesz biec lekko jak kozica, a następnego każdy krok to walka. To nie porażka, to proces. Czasem trzeba po prostu więcej odpoczynku, więcej snu, regeneracji. I to też jest w porządku. Ważne, by być uważnym na siebie.

Czy jest ktoś, kto cię szczególnie inspiruje w świecie biegów górskich – inna biegaczka, biegacz czy trener?

Dla mnie ogromną inspiracją jest Patrycja Bereznowska – jej spokój, wytrwałość
i nieustępliwość są czymś absolutnie wyjątkowym. To, co szczególnie cenię, to jej skromność
i pokora – nie buduje wokół siebie otoczki gwiazdy czy bohaterki. Po prostu robi swoje, konsekwentnie, z ogromnym szacunkiem, zarówno do dystansów, które pokonuje, jak i do siebie samej. Głęboko poruszył mnie także sposób, w jaki wiele z tego, czego nauczyła się w biegach ultra, przeniosła na zupełnie inną walkę – z chorobą, z którą niedawno się zmierzyła. Jej podejście, nastawienie i umiejętność znoszenia trudności stały się fundamentem siły w sytuacji, która była ekstremalna, ale nie miała nic wspólnego ze sportem. To pokazuje, że wytrwałość i spokój ducha mogą stać się narzędziami w najtrudniejszych momentach życia.

Patrycja zainspirowała wiele kobiet, nie tylko biegaczek, ale również tych, które być może nigdy nie miały kontaktu z ultramaratonem, a szukają w sobie odwagi i wewnętrznej siły. Miałam zaszczyt i szczęście, że do czasu mojej kontuzji była moją trenerką. To ona przygotowała mnie do takich wyzwań jak m.in. Bieg Kreta. Ta współpraca zmieniła moje podejście do biegania i nauczyła mnie wiele – o sobie, o granicach, ale też o słuchaniu innych. Dzięki niej zrozumiałam, że trzeba przede wszystkim słuchać organizmu, a nie tylko kierować się tym, co pokazuje zegarek.

Dzięki Nina za rozmowę!

 

 

Nina Graboś – na co dzień zajmuje się komunikacją korporacyjną w jednej ze spółek giełdowych, specjalizując się w relacjach inwestorskich – interdyscyplinarnej dziedzinie, łączącej wiedzę z zakresu biznesu, prawa i rynków kapitałowych. W biegach ultra zadebiutowała startem w Biegu Rzeźnika. Najlepiej czuje się na dystansach około 100 km, choć jak magnes przyciągają ją znacznie dłuższe biegi. Górskie trasy traktuje jako przestrzeń do poznawania siebie i kształtowania własnej formy, fizycznej i mentalnej. Jej bieganiu towarzyszy duża dawka determinacji i samodyscypliny, które pozwalają łączyć intensywną pracę zawodową z treningami i startami w biegach ultra. Tuż przed kontuzją spróbowała sił na alpejskich trasach i to właśnie tam planuje wrócić, gdy tylko zakończy rehabilitację. Dziś bieganie to dla niej nie tylko pasja, ale nieodłączna część tożsamości.

Rozmawiała: Magdalena Bryś
Fotografia: Karolina Krawczyk