„Bieganie zawsze zostawało” – mówi, podkreślając, że mimo zmieniających się aktywności i etapów w życiu, to właśnie ono dawało jej najwięcej – emocji, dyscypliny i wiary w siebie. Swoją przygodę z bieganiem zaczynała od krótszych dystansów, z czasem przechodząc do startów w półmaratonach i maratonach. Rozmowa z Olą Guzik.
Ola, sama biegasz, a przy tym zachęcasz też innych do trenowania i startów. Ciekawi mnie, jak to wszystko się zaczęło. Jak wyglądały twoje początki z bieganiem? Co cię do tego w ogóle zmotywowało?
Postanowiłam zacząć biegać, by trochę lepiej czuć się ze swoim ciałem – szukałam jakiejś aktywności. Miałam wtedy chłopaka, który zmotywował mnie do wspólnego treningu. Byłam kompletnie nieprzygotowana – to mogła być pierwsza albo druga klasa liceum. Wyszłam w trampkach, biegnąc może 500 metrów. Potem wróciłam do domu z płaczem, przekonana, że nie umiem biegać, jestem beznadziejna i to wcale nie jest takie proste. Ze znaku zodiaku jestem bykiem, dosyć uparta i zawzięta. Jak coś mi nie wychodzi, to tym bardziej chcę udowodnić, że dam radę. Zaczęłam biegać bardzo stopniowo, krok po kroku. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, każdego dnia starałam się po prostu być aktywna – choćby przez kwadrans. Do tego stopniowo zaczęłam dodawać ćwiczenia, gdy pogoda nie pozwalała, by wyjść z domu. Równolegle zaczęłam interesować się dietą. Na szczęście miałam ogromne wsparcie w domu. Efekty wizualne zaczęły się powoli pojawiać. Z czasem, koledzy i koleżanki w liceum, w klasie, zaczęli zauważać, że coś się zmieniło – chyba zeszczuplałam, że zaczęłam nad sobą pracować. To było dla mnie ogromnie motywujące. Ale nie chodziło jedynie o wyniki. W domu żartowano, że: „Daję ci tydzień, góra dwa, i ci się znudzi to bieganie oraz ćwiczenia”. A ja lubię rzucać sobie wyzwania. Wtedy też postawiłam sobie za cel: udowodnię im, że się mylą. Będę ćwiczyć, będę silna i sprawna. Tak się właśnie stało.
Bieganie i ćwiczenia zostały.
Ćwiczyłam w domu przez całą zimę i wówczas udało mi się zbudować nieco lepszą kondycję. Kiedy przyszła wiosna, bieganie stało się odrobinę lżejsze – wtedy zaczęłam pokonywać swoje pierwsze, prawdziwe kilometry. Pamiętam, że zupełnie nie zwracałam wtedy uwagi na tempo. Nie miałam pojęcia, jakie tempo jest „dobre”, a jakie nie, czy w ogóle istnieje jakieś „właściwe”. To było w tym wszystkim najlepsze: brak presji, porównywania się z innymi. Liczyłam się tylko ja i mój ruch. To podejście zostało ze mną do dziś, nadal porównuję się przede wszystkim do siebie samej. Z czasem efekty wizualne przestały być dla mnie najważniejsze, choć na początku zdecydowanie miały duże znaczenie. Wtedy po prostu chciałam dobrze wyglądać i dobrze czuć się ze sobą. Pod koniec liceum biegałam już całkiem regularnie – przynajmniej raz w tygodniu. Mój ulubiony dystans to było 10 kilometrów. Zawsze starałam się wyjść chociaż ten jeden raz w tygodniu, tak po prostu, dla siebie. Biegałam raz wolniej, raz szybciej, zależnie od dnia. To było bieganie totalnie dla przyjemności, bo kondycja była już na tyle dobra, że ten dystans nie sprawiał mi większych trudności. Z czasem do biegania dołączyły też inne formy ruchu. Zaczęłam chodzić na siłownię, uczyć się pływać. Bardzo chciałam być aktywna. Wiele aktywności pojawiało się w moim życiu i znikało – były obecne przez jakiś czas, a potem odchodziły – bieganie zawsze zostawało. Chodziłam na zajęcia z pole dance, spinning, kickboxing. Ćwiczyłam intensywnie na siłowni, bardziej w stylu kulturystycznym, ale i z tego w końcu zrezygnowałam. A bieganie? Bieganie było zawsze. To była moja stała – coś, do czego mogłam wrócić, niezależnie od wszystkiego i w każdym miejscu na ziemi.
Czy wtedy na horyzoncie pojawiły się starty w biegach?
Startowałam również w zawodach, ale tych bardziej lokalnych. Pochodzę z małej miejscowości, Słubice, gdzie raz w roku organizowano cykliczne biegi na 10 kilometrów. Właśnie w tych zawodach brałam udział. Podczas jednej z pierwszych edycji „Biegu Bez Granic” okazało się, że jestem w czołówce kobiet – mimo że nie trenowałam profesjonalnie, a bieganie było dla mnie wciąż bardziej pasją niż sportem wyczynowym. Podczas pierwszych zawodów nie startowało jeszcze zbyt dużo kobiet, a mój wynik w okolicach 47 minut plasował mnie na podium. Z czasem poprawiałam się na tym dystansie i byłam w stanie biegać 42-43 minuty – wynik, który wtedy kosztował mnie ogromny wysiłek. Pamiętam, że każdy bieg zaczynałam bardzo szybko, a potem z każdym kolejnym kilometrem coraz bardziej zwalniałam i walczyłam ze zmęczeniem. Tak się oczywiście nie powinno biegać, ale działała adrenalina, brak doświadczenia i czysta determinacja. Moje pierwsze podium było zupełną niespodzianką. Po przekroczeniu linii mety dostałam SMS-a z wynikiem i zobaczyłam „dwójkę”. Pomyślałam: Ojej, chyba zajęłam jakieś miejsce. Okazało się, że byłam druga – albo w kategorii open, albo wiekowej – dziś już dokładnie nie pamiętam. Kiedy wyczytano moje nazwisko i zaproszono mnie na podium, byłam zaskoczona. Dostałam puchar, zrobiłam mu zdjęcie i od razu wysłałam je rodzicom. Mama odpisała z humorem: „Gdybym wiedziała, że każdy uczestnik dostaje puchar, to też bym wystartowała!” A potem: „Jak to drugie miejsce? No przecież Ty biegasz… ale tak, wiesz, trenowałaś trochę…”
Gratulacje! To szczególnie ważne momenty biegowe, jak startuje się w swoich rodzinnych okolicach.
To było niesamowite zaskoczenie i jednocześnie przełom. Od tamtej pory moi rodzice stali się moimi najwierniejszymi kibicami. Co roku stali na trasie i trzymali za mnie kciuki. Ich obecność i wsparcie to dla mnie jeden z najbardziej wzruszających momentów. Pamiętam też, że miałam z tatą taką umowę: jeśli wystartuję w zawodach w naszym mieście i zdobędę miejsce na podium, to on kupi mi nowe buty do biegania. I tak co roku startowałam i co roku miałam nowe buty. Ta symboliczna nagroda miała dla mnie ogromną wartość. Tak wyglądała moja biegowa przygoda przez dłuższy czas – startowałam raz w roku w biegu na 10 kilometrów. Sporadycznie zdarzyło mi się również przebiec półmaraton, dwa lub trzy razy, jeśli dobrze pamiętam.
Czyli potem wydłużałaś dystanse?
Niekoniecznie. Półmaraton traktowałam jako wyzwanie i nie miałam kompletnie presji na wynik. Pomysł na pierwszy start na tym dystansie zrodził się trochę spontanicznie, w czasie studiów, kiedy przeprowadziłam się do Poznania. Dowiedziałam się, że odbywa się tam półmaraton i pomyślałam: Dlaczego nie? Skoro bez problemu biegam 10 kilometrów, mogę spróbować przebiec 15 kilometrów. A przecież mówi się, że jeśli ktoś da radę przebiec 15, to i półmaraton ukończy. Do tego wyzwania zaprosiłam moją współlokatorkę. Razem się przygotowywałyśmy, motywowałyśmy wzajemnie. I w kwietniu – teraz już nie pamiętam dokładnie, czy to był 2015 czy 2014 rok – stanęłyśmy na starcie i przebiegłyśmy swój pierwszy półmaraton. Zrobiłyśmy to poniżej dwóch godzin, z uśmiechem i czystą radością. To było niesamowite przeżycie. Bieganie cały czas gdzieś przy mnie było – bardzo naturalnie, bez spiny. Po prostu dla siebie, dla dobrego samopoczucia. I tak mijały kolejne lata. Pewnego dnia poczułam, że czegoś mi zaczyna brakować. Miałam wrażenie, że już wszystko „odhaczyłam” – nauczyłam się sama pływać, biegałam, trenowałam crossfit, potrafiłam ułożyć sobie plan treningowy, zrobiłam uprawnienia trenerskie… ale wciąż czegoś brakowało. Pamiętam rozmowę z moją koleżanką, Martyną Lewandowską – to właśnie od niej wszystko się zaczęło…
Martyna była również u nas w ultrawomen.pl na rozmowie. Wspaniała osoba i triathlonistka!
Zapytałam Martynę, jak to jest trenować bieganie, bo ona osiągała dla mnie niesamowite czasy. Była i nadal jest naprawdę szybka. Krótko po naszej rozmowie o treningach, o tym, czy w ogóle nadaję się do tego, zaczęłam zastanawiać się, jak mogłoby wyglądać moje bieganie z planem treningowym. Martyna powiedziała mi, że wówczas musi być określony plan, którego należy się trzymać. Nie można sobie tego „przekładać”, że jak jest zaplanowane bieganie na wtorek, to trzeba biegać, a ja do tej pory biegałam wtedy, kiedy miałam na to ochotę. Czasem w środę ćwiczyłam w domu, innym razem robiłam coś innego. Nagle pomyślałam, że może to byłoby dla mnie coś dobrego – mieć kogoś, kto będzie nadzorował mój trening. Ktoś, kto pomoże mi pokonać te 42-43 minuty na 10 km, które wtedy już regularnie osiągałam. Z jednej strony widziałam korzyści, miałabym plan, który pozwoliłby mi rozwinąć się w bieganiu, poznać swoją siłę i osiągnąć cel, który sobie wyznaczyłam. Z drugiej strony bałam się, że bieganie, które dotychczas sprawiało mi frajdę, stanie się zbyt „sztywne”. Zwykle biegałam, jak chciałam, ile chciałam, bez planów interwałowych, bez zmuszania się do treningów. A teraz ktoś miałby mi powiedzieć, że w poniedziałek muszę biegać tak i tak, w takim tempie. Po rozmowie z Martyną stwierdziłam, że to jeszcze nie jest czas na to, żeby podjąć decyzję o profesjonalnym treningu, ale i to się zmieniło. Wiosną 2023 roku spotkałam Martynę na półmaratonie w Berlinie, gdzie pobiegłam nową życiówkę – 1:38, co było dla mnie naprawdę świetnym wynikiem, mimo że wciąż nie trenowałam biegania. Tam, na miejscu, Martyna prowadziła swojego tatę (była pacemakerką), który biegł, o ile dobrze pamiętam, swój debiut w półmaratonie. Strasznie mnie zainspirowali. Po tym starcie pomyślałam: „Za niecały rok kończę 30 lat. Może spróbuję trenować do tego czasu i złamać 40 minut na 10 km?” Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, ile pracy czeka mnie, by zejść z 43 do 40 minut.
Wtedy pojawił się trener.
Nie wiedziałam jak bardzo profesjonalny trening wpłynie na moje podejście do biegania. Dlatego postanowiłam zgłosić się do mojego znajomego, który zaczął szykować mnie do jesiennego startu na 10 km. Bez presji, ale z celem, który mnie motywował. Rozpoczęliśmy przygotowania w maju, do Biegu Niepodległości w Warszawie w 2023 roku. Zarejestrowałam się i pomyślałam: „Dobrze, spróbujemy”. Okazało się, że biegowa dyscyplina naprawdę mnie nakręca. Zaczęłam dostrzegać, jak wiele zmienia się w moim życiu. W tym samym czasie odeszłam z pracy w korporacji, postanowiłam postawić na siebie. Bieganie dało mi poczucie pewnego schematu, którego w tym momencie potrzebowałam. Miałam swój plan treningowy, musiałam wstać, zrobić trening, a potem próbować odnaleźć się w nowej, zawodowej roli. Choć to był trudny okres, sport dawał mi motywację do działania. Trenując trzy razy w tygodniu, zauważyłam, jak bardzo konsekwentna i uparta potrafię być, kiedy mam cel. Starałam się trzymać planu, nie poddawać się. Trenowałam naprawdę ciężko. 11 listopada stanęłam na starcie w Warszawie. Czułam, że zrobiłam wszystko, by złamać te 40 minut na 10 km i ukończyłam bieg z
wymarzonym czasem.
Wygląda na to, że bieganie naprawdę sporo u ciebie zmieniło.
Moje życie zmieniło się, gdy postanowiłam odejść z pracy w korporacji i w pełni postawić na siebie. Wiem, że odejście z takiej pracy, która daje poczucie komfortu i stały zarobek, to bardzo trudny krok. Miałam jednak o tyle łatwiej, że miałam ogromne wsparcie od rodziców i mojego narzeczonego, Wojtka. Wiedziałam, że muszę spróbować. To był również moment, w którym zaczęłam traktować Instagram jako platformę, na której dzieliłam się swoimi treningami, postępami i wyzwaniami. Zaczęłam biegać, a przez to, że zdeterminowanie i konsekwentnie realizowałam swoje cele, moje konto tam zaczęło rosnąć. I to było coś niesamowitego, bo nie tylko realizowałam swoje cele, ale również zainspirowałam mnóstwo osób – zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Często dostaję od moich obserwatorów wiadomości, w których dzielą się tym, że moja historia ich motywuje. To naprawdę bardzo mnie wzrusza, bo do tej pory trudno mi uwierzyć, że mam taki wpływ na innych. Zrządzenie losu, ale też moje zaangażowanie, sprawiły, że rozwój sportowy przełożył się na rozwój Instagrama, który stał się dla mnie czymś więcej niż tylko miejscem do dzielenia się chwilami. Stał się po części moim sposobem na życie. Wkrótce potem nawiązałam współpracę z bieganie.pl i rozpoczęliśmy piękny projekt KieRUNek Londyn, a ja, jako biegaczka, trafiłam pod skrzydła mojego aktualnego trenera, Artura Kozłowskiego.
Artur to trener dobrze znany w środowisku biegowym.
Przygotowania do mojego pierwszego maratonu odmieniły moje życie i to w sposób, który był dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Londyn to jeden z najbardziej pożądanych maratonów na świecie, i to było naprawdę niesamowite, że mogłam brać w nim udział. Moje życie w ciągu tych kilku miesięcy przygotowań było dość szalone. Chwytałam każdą okazję, która się pojawiała. W tym czasie miałam szansę trenować z Asią Jóźwik, którą wcześniej oglądałam jedynie w telewizji i podziwiałam z fotela. Mogłam przygotowywać się z nią do tak wielkiego projektu, dzielić się wrażeniami i samopoczuciem. To była dla mnie ogromna motywacja i czułam, że to coś, czego nie mogę zignorować. To była przepiękna przygoda, która otworzyła mi wiele drzwi. Kiedy dowiedziałam się, że będę biegła maraton, powiedziałam sobie, że zrobię wszystko, aby pobiec go jak najlepiej. Tak, jak przygotowywałam się do 10 km, tak samo postanowiłam przygotować się do maratonu. Oddałam temu treningowi całe serce, bo dla mnie to była nie tylko fizyczna, ale także emocjonalna podróż.
Jak wyglądały więc te przygotowania?
Do mojego pierwszego maratonu trenowałam 3,5 miesiąca (od stycznia do połowy kwietnia), zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Maraton był dla mnie czymś nowym. Każdy trening był ekscytującym wyzwaniem – nagle musiałam przebiec ponad 20 km, potem w planie było szybkie 10 km i mocne interwały. Każdy plan na dany tydzień był dla mnie ekscytujący i z każdym dniem moja forma rosła. To, że udało mi się tak dobrze pobiec w Londynie z Asią, to nie tylko kwestia ciężkiej pracy i motywacji, ale zapewne również predyspozycji, które może nie były przez długi czas w pełni wykorzystane. W dzieciństwie byłam raczej ostatnią osobą wybieraną do biegów, a teraz odkryłam w tym ogromną pasję. Chciałabym, żeby każdy znalazł swoją pasję w życiu, która da mu tyle radości, ile ja czerpię z biegania. Nie musi to być bieganie – ważne, żeby to było coś, co naprawdę sprawia, że czujemy się spełnieni.
Wcześniej naprawdę myślałam, że masz długą historię biegową.
Wiem, że wielu tak myśli, że biegałam od dziecka. Często zdarza się, że osoby, które mają dobre wyniki w bieganiu w dorosłym życiu, za dzieciaka uczestniczyli w różnych zawodach lekkoatletycznych. To niestety nie byłam ja. Ale może dzięki temu wciąż we mnie tyle głodu do biegania i coraz lepsze wyniki. Trzeba przyznać, że kosztowało mnie to mnóstwo konsekwencji i pracy. Ale, co ważne, naprawdę pokochałam bieganie. I kiedy robisz coś, co kochasz, to, nawet jeśli boli, bo bieganie bywa bolesne, a intensywne treningi wymagają wyjścia ze swojej strefy komfortu, to jednak daje ci to ogromną satysfakcję. Jeśli po ciężkim treningu przez trzy dni tylko o nim mówisz, czujesz radość i spełnienie, to musi to być miłość.
Bieganie zmieniło w twoim życiu wiele, ale też praca w redakcji bieganie.pl, prawda?
Zdecydowanie! Zdziwieniem było dla mnie to, że świat biegaczy w Polsce nie jest aż tak ogromny, więc jeśli ktoś interesuje się bieganiem, czyta właśnie bieganie.pl lub w jakikolwiek sposób funkcjonuje w tej społeczności, to prędzej czy później gdzieś tam może o mnie usłyszeć. Czasem jest to dla mnie zawstydzające! Z pewnością praca w redakcji miała na to ogromny wpływ. Biegnąc zawody, na przykład w Warszawie, słyszę, jak ludzie krzyczą moje imię: „Ola!”, „Jestem z Tobą!”, „Nie poddawaj się!”. To jest coś, czego nie da się opisać słowami. Ta energia, którą dostaję od innych, jest po prostu niesamowita i daje mi tak ogromną motywację. Ale to również pokazuje, jak wspierająca potrafi być społeczność biegowa. Ja wspieram innych, oni wspierają mnie. Jeśli ktoś biega szybciej ode mnie, to cieszę się z jego sukcesów i inspiruję. Tym wolniejszym staram się dodać wiatru w skrzydła. Nie ma tu miejsca na zawiść. W bieganiu fajnie jest wspierać i kibicować, a jednocześnie starać się robić swoje, przekraczając własne granice. Gdyby każdy w ten sposób podchodził do biegania, myślę, że świat byłby jeszcze piękniejszy.
Sporo się wydarzyło w takim krótkim czasie.
Zdecydowanie. Wiele czynników złożyło się na to, że jestem teraz w tym miejscu. Bardzo szczęśliwa i wdzięczna. Instagram rozwinął się do fajnego poziomu, to wciąż dla mnie miejsce, gdzie pokazuję swoją biegową drogę, ale jestem dla innych. By pomagać, wspierać i motywować. Zbudowałam super społeczność, z którą jestem w stałym kontakcie i której przekazuję część mojej pozytywnej energii, ale też wiele czerpię od nich.
Teraz też jesteś dziennikarką, redaktorką sportową, czyż nie?
Można tak powiedzieć. Zajmuję się redagowaniem części artykułów, grafiką i wiele więcej. Pracuję, zapewne jak większość z nas, przy biurku z komputerem i tak wygląda moja codzienność. Mamy w redakcji świetną ekipę, więc często współpracujemy i wspieramy się. Często wyjeżdżamy na różne projekty, które mogą wyglądać na łatwe, przyjemne i bezstresowe, ale w rzeczywistości to sporo pracy. Niemniej, to bardzo satysfakcjonująca praca, więc absolutnie nie narzekam. Staramy się rozwijać portal, motywować się nawzajem i dążyć do tego, aby bieganie w Polsce stawało się coraz bardziej popularne. Myślę, że naprawdę nam to wychodzi. Jeśli chodzi o łączenie pracy z bieganiem, to normalne korporacje mają owocowe czwartki, a my mamy po prostu wyrozumiałą ekipę, która trenuje. To ogromne ułatwienie. Wszyscy w zespole kochają bieganie. Wczoraj widziałam wywiad z
Bartkiem Falkowskim (przyp. redakcji – biegacz, trener, redaktor bieganie.pl) na naszej stronie, w którym mówił, że czasem nie wie, czy przeglądając Instagram w poszukiwaniu inspiracji biegowych, artykułów o bieganiu, czy jest to już jego praca, czy po prostu robi to, bo go to interesuje. I to chyba bardzo trafnie oddaje naszą pracę – z jednej strony to jest praca, a z drugiej ogromna przyjemność. Oczywiście warto czasami oddzielać pracę od przyjemności, ale to też potrafimy. Mimo wszystko praca, która łączy się z pasją, to coś naprawdę wyjątkowego.
Chciałabym jeszcze wrócić do tematu samodyscypliny i reżimu treningowego. Wiemy już, że jesteś uparta i konsekwentna. Powiesz o tym coś więcej?
Widząc plan treningowy w poniedziałek na cały tydzień, potrafię przeżywać mocne jednostki przez kilka dni. Ale mimo wszystko, mam zaufanie do mojego trenera, Artura. Wiem, że jak rozpisze mi plan, to jestem w stanie go wykonać. Nawet, kiedy jest naprawdę ciężko, w głowie mam to, że dam radę, że mogę to zrobić. Przekraczanie swoich granic motywuje mnie nie tylko w sporcie, ale również w innych aspektach życia. Po dobrze wykonanym treningu, analizuję go przez kilka dni. Wracam do tych chwil i to one mnie budują. Przekraczanie granic w sporcie daje mi pewność siebie, pokazuje, że możemy zrobić więcej, być odważniejszymi, stawiać sobie wyższe cele w każdej dziedzinie. Ten reżim treningowy jest dla mnie bardzo ważny, ponieważ uwielbiam mieć plan. Pomaga mi utrzymać się w tej rutynie. Mój trening jest bardzo zróżnicowany, ale mam też swoje ulubione jednostki. Okazuje się bowiem, że wolę biegać dłuższe dystanse, niż te krótsze, ale zdecydowanie szybsze.
A czy czasami brakuje ci motywacji?
Mając określony cel i trenera, który nad Tobą czuwa, jest trochę łatwiej się zmotywować. Ja nigdy nie chcę zawieść nikogo, a już na pewno nie Artura i samej siebie. Dlatego, jeśli wiesz, jaki masz cel i co Ci daje trening, naprawdę trudno jest odpuścić. Jestem osobą, która walczy do końca. Nawet jeśli jest ciężko, nigdy nie zdarza mi się zrezygnować z treningu tylko dlatego, że mi się nie chce. Zazwyczaj jest to sytuacja, w której jestem zmuszona, by zrezygnować z danej jednostki. Zdarzają się treningi, których nie jestem w stanie wykonać wedle założeń, oczywiście! Natomiast po takich treningach, tak samo jak po tych udanych, myślę długo i analizuję, co mogło pójść nie tak, bo zwyczajnie zależy mi na tym, żeby się ciągle rozwijać.
Jaki masz plan na kolejne starty?
Biegnę kolejny raz w takiej sztafecie biegowej, Border to Hel, w czerwcu. Później muszę znowu skupić się na budowaniu szybkości i przygotuję się do jakiejś dyszki w środku lata. Jesienią, zupełnie prywatnie, zapisałam się na maraton w Berlinie. To będzie dla mnie bardzo ważny start, bo rodzice mieszkają blisko granicy z Niemcami, więc będą mogli przyjechać i zobaczyć mnie na trasie. Będzie to dla mnie bardzo emocjonujący moment. W Berlinie planuję mocno powalczyć o czas, bo sprzyja ku temu szybka trasa. Na resztę roku planów nie mam.
Powiedz nam, czy jest ktoś, kto cię szczególnie motywuje oraz inspiruje – może trener lub po prostu ty sama? Bo nie da się ukryć, że sama jesteś inspiracją dla wielu. A skąd sama ją czerpiesz?
Doskonale wiem, jak długą drogę przeszłam i ile kosztowało mnie, by być w tym miejscu, w którym jestem. Wiem, ile słabości pokonałam, ile serca włożyłam i nadal wkładam w to, co robię. To mnie naprawdę inspiruje – świadomość, że przekraczam własne granice. Więc tak, sama również jestem dla siebie inspiracją, ale są oczywiście osoby, które imponują mi swoją pracą i wynikami. Na przykład Ela Glinka – dziewczyna, która reprezentuje nasz kraj, a jednocześnie pracuje na etacie. Jest niesamowita i niezwykle pracowita! Kolejność zupełnie przypadkowa, ale daleko szukać nie muszę – Asia Jóźwik, która biegła ze mną ramię w ramię przez 26 km maratonu w Londynie. Wielka inspiracja! Kiedyś podziwiałam ją tylko z telewizora, a teraz jest moją koleżanką. Ola Brzezińska, piękna, przesympatyczna maratonka, która biega jak sarna. Martyna, o której wspominałam już wcześniej. Wiele jest takich osób, od których mogę się uczyć, inspirować się nimi, ale jednocześnie kibicować. Warto jednak znaleźć również inspirację w sobie samym. Każdy ma swoją historię, tylko my dokładnie wiemy, co przeżywamy i ile poświęcamy, żeby osiągnąć dany wynik i to również powinno nas inspirować.
Czy zaproponowałabyś trzy rady dla dziewczyn, które dopiero zaczynają przygodę z bieganiem?
Nie porównuj się do innych. Rób swoje i bądź konsekwentny. Dostrzegaj też te wartości, które są trudniejsze do zauważenia gołym okiem. Na przykład to, ile daje Ci radości trening czy wyjście na 30-minutowy rozruch. Nie skupiaj się jedynie na cyferkach. Nie wiem, czy znajdzie się jakaś osoba, która po wykonaniu aktywności – spaceru, biegania czy jazdy na rolkach – powie: „Ale jestem nieszczęśliwy, że wyszedłem.” Zarażaj sportem innych. Nie trzeba działać na Instagramie aż tak szeroko, jak ja to robię, ale można zabrać ze sobą na spacer koleżankę, mamę, kolegę, przyjaciela i razem cieszyć się progresem. To na pewno sprawi, że będzie łatwiej.
Co do cyferek, totalnie się zgadzam!
Kiedyś prowadziłam prelekcję w przedszkolu, rozmawialiśmy o bieganiu i biegaliśmy też wspólnie. Zapytałam się dzieci, czy ich rodzice biegają – wiele odpowiedziało, że tak. Więc dopytałam: „A jacy wracają z biegania? Są smutni?” A one na to: „Nie! Są szczęśliwi!”. I to mnie rozczuliło. Dzieci nie interesuje to, ile kilometrów zrobili rodzice. One po prostu widzą emocje. A my, dorośli, często tego nie dostrzegamy. Wracamy z treningu i myślimy: „Mogłam więcej, mogłam szybciej.” Ale jak się na chwilę zatrzymamy, to czujemy tę radość, dumę, satysfakcję – i to szczęście z nas naprawdę emanuje. Dzieci to widzą. Warto, byśmy i my dostrzegali to częściej. Sport daje nam coś znacznie więcej niż cyfry. Daje nam emocje, które mają wpływ nie tylko na nas, ale też na ludzi dookoła.
Dzięki Ola za rozmowę!
Ola Guzik – influencerka i pasjonatka biegania. Na swoim motywującym Instagramie dzieli się treningami i codziennym życiem, inspirując innych do ruchu. Ambitna biegaczka amatorka, która stale dąży do poprawy swoich wyników, wierząc, że jej biegowa droga dopiero się zaczęła. Jej ulubionym dystansem jest maraton, ma już na koncie Nowy Jork, Londyn i Walencję. Zwiedzanie przez bieganie to jej sposób na odkrywanie świata. Zawsze uśmiechnięta i pełna optymizmu! Redaktorka bieganie.pl.
Rozmawiała: Magdalena Bryś
Fotografia: Andrzej Olszanowski
